wazne-i-wazniejsze.eblog.pl
Blog, Blogi, Fotoblogi - załóż już dzisiaj!
wazne-i-wazniejsze.eblog.pl
godz: 10:40 data: 2012.01.15
Prawdziwy patriota

Miesiąc od tego zdarzenia minął niedawno a ja wciąż nic nie napisałam. Czas gna jak szalony, sesja się zbliża (na szczęście w tym semestrze nic nie mam). W ostatni piątek, jak przyjechałam do domu, zaczął padać śnieg i napadało go dużo! Pierwszy śnieg mamy, proszę państwa.
Ale nie o tym chciałam. Już ponad miesiąc temu dowiedziałam się czegoś ważnego o moim psie. Wszystko miało miejsce w dość… niezwykłym otoczeniu.
A było to tak: Jak wiadomo, 13 grudnia obchodzimy ważną dla naszego kraju rocznicę. Ludzie wtedy dyskutują zawzięcie o tym kto i dlaczego, odżywają wspomnienia itp. Niektórzy też organizują marsze, aby podkreślić powagę sytuacji. Taki marsz właśnie odbył się w tym roku. Pomyślałam sobie jakoś przed południem, że „ale by było, gdyby tak znaleźć się w tym rozentuzjazmowanym tłumie.”
Doro, gdy tylko weszła do mieszkania po powrocie z pracy, od razu powiedziała, że ona to by poszła na marsz. Trochę się przestraszyłam, bo wiadomo, jak czasem kończą się takie demonstracje. Doro jednak była nie ugięta, bo to w końcu z powodów służbowych, bo zobaczy wszystko z bliska itp. Poszłyśmy.
Szłyśmy tak dość pustymi ulicami, na horyzoncie zaczęli się pojawiać ludzie z flagami a nad nami latał helikopter. Po jakimś czasie do naszych uszu doszło głośne skandowanie różnych ciekawych haseł. I tak coraz głośniej. W końcu zrównałyśmy się z tłumem.
Wrażenie było dość niezwykłe, czułam się, jakbym była z innej planety, bo te hasła i jakaś taka atmosfera… W końcu usłyszeliśmy… przemówienie. Mów z resztą było kilka, ale myślę, że ta pierwsza wywołała największy entuzjazm. Pierwszy raz słyszałam Prezesa na żywo, pierwszy raz byłam taaaak blisko niego…
Tak sobie staliśmy wszyscy i słuchaliśmy w skupieniu ważnych słów. Zapomniałam napisać, że Rusty był ze mną i z Doro i również słuchał i pewnie był pod wrażeniem.
Wiadomo, jak to pies, czasem zrobił kilka kroków w jedną albo w drugą stronę. W pewnym momencie odwróciła się do nas jedna starsza pani i z zachwytem w głosie powiedziała:
„Ale śliczny piesek! Grzeczny jesteś! Prawdziwy patriota!”
No tak, jakże ja mogłam o tym nie pomyśleć? Powinnam być wdzięczna, że moim przewodnikiem jest tak patriotycznie nastawiony pies! Dobrze, że jednak słucha komend i nie protestuje, gdy mówię mu np. „w lewo”
Miło, że ten jego patriotyzm odczuć można w tak ważny dzień. Ale… gdyby ta miła pani wiedziała, kto go karmi i wyprowadza na spacer, nie wiem, czy byłaby tak życzliwa… Ale pewnie tak, w końcu jest raczej tolerancyjna i nie uprzedza się do innych.
Na koniec, jako że tę notkę poświęcam mojemu Prawdziwemu Patriocie, chciałabym wkleić coś na jego temat – taka mini laurka napisana na potrzeby fundacji, z której go dostałam. Nie jest to długie, ale prawdziwe i szczere. Aha, pisownia imienia jest inna, bo tak jest wpisane oficjalnie. Brzmi to następująco:
Tak na dobre Rasti zamieszkał u mnie na początku lipca i od tej pory rozpoczęło się nasze wspólne przemierzanie znanych i mniej znanych dróg a także podróżowanie w różne miejsca, również te zagranicą.
Dość szybko zrozumiałam, że chodzenie z psem przewodnikiem zabiera mi mniej czasu i energii niż chodzenie z laską. Właściwie nie miałam problemu z przestawieniem się z laski na psa.
Co mogę powiedzieć o Rastim po tych kilku miesiącach? Wiadomo, że nie ma psa idealnego, ale ja z mojego jestem naprawdę zadowolona. Chodzimy razem w różne miejsca, pies szybko zapamiętuje drogi i zdarzyło się kilka razy, że to on lepiej znał jakąś trasę, którą dopiero co poznaliśmy, niż ja. Zdawałam się na niego w takich sytuacjach a on doprowadzał mnie bez problemu do wybranego celu.
Poza dobrą pamięcią, Rastim zachwycają się właściwie wszyscy; czy to jacyś nieznani mi ludzie na ulicy, czy osoby na uczelni.
Myślę, że dużą jego zasługą jest to, że gdy teraz chodzę na zajęcia, jest mi o wiele łatwiej nawiązywać znajomości i są one chyba trwalsze. Wszystko zaczyna się często od tego, że ktoś podchodzi, żeby powiedzieć jaki ten piesek śliczny i mądry. Potem często padają pytania w stylu: A jaka to rasa? Ile ma lat? Jak się wabi? Długo go masz?
A potem rozmowa toczy się dalej i wcale nie zawsze dotyczy wyłącznie psa. W ten sposób poznajemy się nawzajem i dzieje się to zupełnie naturalnie i bez niepotrzebnego stresu.
Mogłabym jeszcze dużo pisać, bo przez te kilka miesięcy spotkało mnie trochę śmiesznych i zaskakujących sytuacji. Wszystko to oczywiście nie zdarzyłoby się, gdyby nie Rasti, do którego zdążyłam się przywiązać, bo poza swoją mądrością i dobrą pamięcią, którą bardzo doceniam, jest to sympatyczny i ciekawy świata pies. Chyba nie da się go nie lubić a jego pomoc jest dla mnie niezwykle ważna.

Komentuj(0)


godz: 18:13 data: 2012.01.11
Jestem trans

Szłam sobie dziś przed południem na umówione spotkanie z przyjacielem. Wszystko było jak zwykle – mnóstwo samochodów, trochę ludzi i pogoda mniej zimowa niż by być mogła o tej porze roku.
Właśnie zeszłam do przejścia podziemnego, gdy nagle usłyszałam jakiś kobiecy głos z lewej strony:
- Ten pies pana prowadzi?
Najpierw, mój mózg nie skojarzył o co chodzi, choć dość szybko dotarło do mnie, że Głos kieruje pytanie do mnie. Powtórzyło się ono więc po krótkiej chwili:
- Ten pies pana prowadzi?
Odwróciłam się spokojnie i zbierając myśli do kupy, powiedziałam:
- Słucham? Jak to pana? Jakiego pana? Tak, prowadzi mnie.
Na taką moją reakcję miła pani odrzekła z pewnym zdziwieniem i spokojem:
- Aha. No tak, bo z tyłu to inaczej wygląda a z przodu… A jak się pies nazywa?
Chyba odpowiedziałam szybko i poszłam w swoją stronę. Tak sobie szłam i próbowałam na spokojnie zrozumieć sytuację: No tak, może ta moja zimowa kurtka jest raczej sportowa niż jakaś typowo kobieca, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Chyba innego powodu nie ma, że z tyłu można mnie z panem pomylić a z przodu nie… Ale to taki niski i drobny pan by musiał być, może chłopak ewentualnie. Hm, jak to możliwe? Zwykła kurtka i czapka na głowie, aż chyba w końcu poproszę kogoś o sfotografowanie mnie w tym zimowym ubraniu i wkleję tu.
Nie dawało mi to spokoju przez chwilę, bo ja proszę pani to żaden pan! Naprawdę, zupełnie nie czuję potrzeby tak rewolucyjnej zmiany, dobrze mi tak, jak jest. Noszę po prostu taką kurtkę i tyle, to nic znaczyć nie musi. No ewentualnie mogłaby być to dla kogoś wskazówka, że jestem męską, okropną, lesbą, ale pokazanie tego, zaakcentowanie, proszę pani nie było moim zamiarem. Po prostu wygodna kurtka i tyle. A następnym razem, jak będzie pani patrzeć na kogoś z tyłu, proszę nie kierować się stylem ubrania, bo różni ludzie różne rzeczy noszą i to o niczym nie świadczy.
No bo żeby tak od razu „proszę pana?” A może ja o czymś nie wiem?

Komentuj(0)


godz: 22:06 data: 2012.01.7
Jeszcze trochę wspomnień około świątecznych

Teraz jestem w takim nastroju, że mogłabym napisać o czymś zupełnie innym, niż zamierzam, ale to nie tym razem.
Chciałabym napisać tu o tych kilku poświątecznych dniach, bo działo się wtedy trochę a szkoda byłoby tego czasu zapomnieć.
W środę po świętach pojechałyśmy do Hamburga, gdzie Doro ma kilku znajomych i gdzie ja jeszcze nigdy nie byłam.
Aha, dzień wcześniej pierwszy raz w życiu jadłam serowe fondue. Było dobre i z dodatkami jakimi! To była kolacja! Trochę trudno coś takiego jeść osobie niewidomej (no, może z jedzeniem problemu nie ma, ale z sięganiem po to i z trafieniem we właściwe naczynie już tak prosto nie jest), ale do jakiejś tam wprawy doszłam.
Do Hamburga dojechałyśmy bez żadnego problemu, bo dzięki autostradom jedzie się szybciej i nie ma takich korków. W każdym razie ja na nie nie trafiłam.
Najpierw było po południe z rodziną znajomej Doro: Ninia, jej mąż i dwie małe córeczki. Starsza, Emilia, bała się na początku psa, ale potem się z nim oswoiła i już tak straszny się nie wydawał na szczęście.
Tego dnia pomyślałam sobie, że życie z takimi dwoma małymi dziećmi to jest prawdziwe wyzwanie i nie wiem, czy byłabym w stanie się go podjąć. Wszystko trzeba dobrze rozplanować a i tak ciągle dzieje się coś nieprzewidzianego.
Mieliśmy z nimi miły spacer wzdłuż rzeki, do której Rusty bardzo chciał wejść. W końcu Doro zgodziła się na łapy w wodzie, ale to też wymagało niezłej siły, bo pies ten, gdy widzi wodę, staje się niezwykle energiczny i bardzo szalony. Szczekał, że chcę popłynąć dalej. Był wtedy naprawdę śmieszny.
Potem była miła kolacja przygotowana przez męża Ninii. Podczas gotowania włączył głośno muzykę („Queen”) i okazało się, że ma on w swoich zbiorach muzycznych piosenkę, której dawno już szukałam i znaleźć nie mogłam.
Wieczorem, jak to wieczorem, usypianie dzieci, które wcale nie miały ochoty iść spać – trwało to dobrą godzinę.
Następnego dnia spotkałyśmy się z Christiane i jej Anne, o której słyszałyśmy już od chyba ponad roku, ale dopiero teraz miałyśmy możliwość poznać ją osobiście. Dobre wrażenie zrobiła na nas. Widać było, że bardzo lubi psy, no i jest sympatyczna.
Po śniadaniu poszłyśmy wszystkie na dość długi spacer i do sklepu z różnościami dla zwierząt. Pogoda niestety nie była już tak ładna jak dnia poprzedniego a sklepu, we wskazanym przez książkę telefoniczną miejscu, nie było. Poszłyśmy do parku, gdzie było trochę wody – szaleństwo psa objawiło się ponownie. Stwierdziłyśmy, że można mu pozwolić na zabawę w strumieniu. I się zaczęło: Pies galopował po nim jak szalony! Tak, właśnie galopował, bo wody było tam na tyle, że bawić się w niej już mógł, ale pływać niekoniecznie. Brzmiało to śmiesznie naprawdę. Ludzie będący w tym czasie w pobliżu strumienia, byli pod wrażeniem wyczynów naszego pieska, który w wodzie zmienia się w niezwykle energiczne zwierzątko. Oczywiście na wołanie kogokolwiek w ogóle nie reagował i bawił się beztrosko dalej. W końcu wyszedł i mogłyśmy iść jeszcze kawałek.
Po spacerze pożegnałyśmy się z Anne i Christiane i pojechałyśmy w kierunku Bałtyku. Po drodze Doro udało się kupić niezwykle ważną rzecz, jaką jest ośmiometrowa smycz. Była tak potrzebna do puszczania psa do wody, ale dzięki niej wciąż mogłyśmy mieć nad nim kontrolę w tych tak ekstremalnych sytuacjach. Przydała się rzeczywiście, z resztą nie tylko w wodzie.
W drodze na Rugię zatrzymałyśmy się w Stralsundzie, gdzie poraz pierwszy piłam ciepły sok zrobiony z takiego kwaśnego owocu rosnącego często nad morzem (nie pamiętam nazwy). To ostatnie miasto na lądzie przed wyspą. Długo go nie zwiedzałyśmy, ponieważ pogoda zbyt do tego nie zachęcała a poza tym, było już ciemno.
Tego wieczoru, gdy już rozgościłyśmy się w naszym miłym pokoiku, Doro czytała o Rugii.
Miejsce, w którym mieszkałyśmy to pensjonat prowadzone przez dwie panie (tak tak, to jest możliwe) będące razem chyba ponad 20 lat. Dla mnie to była miła odmiana dowiedzieć się, że można żyć razem w związku nieheteroseksualnym, prowadzić pensjonat i zachowywać się po prostu naturalnie. Jedna z pań ma 75 lat i czasem, gdy opowiadała o swojej partnerce, używała dość śmiesznych sformuowań, ale zdaję sobie sprawę, że w jej młodości takie związki nie były czymś tak oczywistym jak teraz. Nie kryje się jednak i gdy już przyjdzie jej rozmawiać na swój temat, mówi o swoim związku całkiem spokojnie.
Niby tak oczywista sprawa a zrobiła na mnie wrażenie… No bo gdzie można znaleźć w Polsce taki choćby pensjonat prowadzony przez nieukrywających się gejów czy lesbijki? Ja o takim nie słyszałam.
Różnica jest też taka, że panie 7 lat temu zawarły związek partnerski. My możemy im tego tylko pozazdrościć jak na razie.
O tej porze nad morzem tłumów być nie powinno, bo zimno i kto by chciał wylegiwać się na plaży i kąpać się w zimnym Bałtyku. Kąpielą był żywo zainteresowany wyłącznie Rusty, który znowu pokazał, ile ma siły, gdy widzi wodę. Oczywiście kąpał się kilka razy w morzu a wszystko dzięki długiej smyczy. Poza tym, raz wlazł do jakiegoś bajorka, z którego ani myślał wychodzić. Gdy już wyszedł, wyglądał podobno jak świnia; ktoś przechodząc obok nas stwierdził: „Zobaczcie, to dzika świnia na smyczy.”
Trzeba go było jeszcze raz wpuścić do morza, żeby się trochę opłukał z błota i żeby znowu był rudy a nie czarny.
A ludzi tak znowu mało nie było, wręcz przeciwnie, w turystycznych miejscowościach istne tłumy. Wszystko dlatego, że spędzenie sylwestra na Rugii to podobno niesamowite przeżycie i modne w Niemczech w dodatku się robi.
Poza tymi wodnymi atrakcjami, dość dużo chodziłyśmy po różnych lasach, polach i wsiach. Zwiedzałyśmy też jeden zamek i wieżę. Śniadania mijały na miłych pogawędkach z panią Hanne (to ta, która ma 75 lat).
Wieczór sylwestrowy upłynął miło i dość spokojnie. Najpierw kolacja w pobliskim miasteczku, gdzie dzień wcześniej zarezerwowałyśmy stolik. Bez rezerwacji chyba nie dałoby rady znaleźć miejsca, takie tłumy były. Jedzenie było… pół na pół – zupa i drugie danie dobre a przystawka i deser niekoniecznie.
Po kolacji wróciłyśmy do naszej cichej wsi z 57 domami (jeśli założyć, że każde mieszkanie liczy się jako dom). Petard tam słychać nie było i pies mógł odetchnąć.
A no właśnie, bo gdy byłyśmy w miasteczku, strzelało dość dużo ludzi i nasz piesek, choć był dzielny i szedł z nami, trochę się jednak bał. W końcu zaczął wpychać się między nas a na molo, zamiast patrzeć na zawsze fascynującą wodę, on trząsł się i kulił. Nie piszczał jednak i nie panikował, nie musiałam mu dawać żadnej tabletki na uspokojenie.
W pensjonacie było cicho i spokojnie. My siedziałyśmy sobie i piłyśmy wino przy muzyce z moich nowych płyt. A potem poszłyśmy na spacer i gdy już wracałyśmy, wybiła północ. W pewnym momencie usłyszałam muzykę – walc Straussa. Okazało się, że to Ruth i Hanne świętują nadejście nowego roku. One a także bratanek Hanne z partnerem, wyszli przed dom z petardami i szampanem. Jak do nich doszłyśmy, zaprosili nas do siebie. Myślę, że to bardzo miło z ich strony.
Słuchałam walca, piłam szampana i zrobiło się jak zwykle o tej porze roku i tego dnia. Nie wiem skąd te łzy, zawsze wtedy napływają, nawet gdy wcześniej nie byłam w gorszym nastroju, ani nie myślałam o rodzicach. Myślę wtedy zawsze, że to niesprawiedliwe i jeśli gdzieś są, to chciałabym, żeby byli szczęśliwi. A mama lubiłaby taką muzykę.
Posiedzieliśmy z nimi do pierwszej a potem poszłyśmy do siebie.
Pogoda w Nowy Rok nie była zachęcająca do zwiedzania czegokolwiek, więc stwierdziłyśmy, że po prostu po spakowaniu wszystkiego, ruszymy w drogę i zobaczymy, gdzie uda nam się dojechać. Udało się do Warszawy, ale zajęło nam to jakieś 11 godzin. Droga od Szczecina wydawała się dłuższa, niż w rzeczywistości jest. A potem nie mogłam zasnąć i myślałam o miejscach, w których przez ten ponad tydzień byłam. I żałowałam, że wszystko trwało tak krótko. Skończyły się wolne dni i trzeba było się znowu przestawić na zwykły, codzienny tryb życia.
W trakcie pisania tej notki mój nastrój uległ przeobrażeniu kilka razy, kończę ją więc z nieco lepszym nastawieniem i z nadzieją, że niewszystko musi być tak trudne i przerażające, jak się to czasem wydaje. Rozwijać tego tematu jednak nie będę, w końcu muszę mieć inspiracje do kolejnych notek.

Komentuj(0)


godz: 12:55 data: 2011.12.27
Święta u teściów

To już drugie święta tutaj – poza rodzinnym domem, poza Polską… Nie powiem, żeby tęsknota rozrywała mi serce na strzępy.
Jest inaczej, to fakt. Nie ma tych wszystkich zup grzybowych, pierogów z kapustą, mnóstwa ciast a w czasie kolacji wigilijnej nie było życzeń i dzielenia się opłatkiem.
Czy mi tego brak? Teraz akurat nie, choć w ogóle uważam, że rzeczywiście ta nasza polska Wigilia i całe święta to czas chyba bardziej uroczysty i specyficzny niż gdziekolwiek indziej. To ma swój urok. Myślę jednak, że niewarto się obrażać na inne tradycje, bo też mogą być ciekawe i warte poznania. Z takim nastawieniem przyjechałam do rodziców Doro.
Jak byłam tu pierwszy raz (też w Boże Narodzenie 2 lata temu), czułam się trochę dziwnie; była zwykła kolacja – kanapki, a potem prezenty. Chyba tylko dzięki tym prezentom poczułam w końcu, że mamy Wigilię. Wtedy z resztą wzięłam nawet opłatek, żeby pokazać jak to dzielenie się nim wygląda w Polsce, ale zrozumienia wielkiego ta tradycja nie zyskała. Nie było też polskich kolęd. Za to mogłam zadzwonić do mamy, która jak ja, święta spędzała w Niemczech, tylko w nieco innej części.
Tym razem jechałyśmy samochodem, co zajęło nam jakieś 10 godzin z przerwami. W pewnym momencie zaczęłam porównywać tamten i ten przyjazd, tamtą i obecną sytuację. Przypomniało mi się, jak po przylocie pisałam do mamy, że doleciałam. Pamiętam, jak z nią potem rozmawiałam przez telefon. To wszystko było podobne i tak inne. Uświadomiłam sobie, że teraz nigdzie zadzwonić nie mogę. Przez jakiś czas znowu poczułam, jak bardzo mi mamy brakuję i jak to trudno znieść.
Potem było już lepiej, bo to kwestia wyrzucenia z siebie nadmiaru emocji. Przecież musi być dobrze, trzeba iść dalej.
I tak mijają dni: Jest spokojnie, na brak jedzenia narzekać nie możemy, choć nie są to grzybki ani pierogi – pod tym względem jednak i tak wyraźnie czuję święta.
Chodzimy często na spacery, jest mokro (w ogóle dużo wody, więcej niż przypuszczałam). Pogoda raczej listopadowa, trochę cieplej niż w Polsce, ani centymetra śniegu. Rusty już raz wykąpał się w niedużym i dość błotnistym stawie, ale można mu to wybaczyć, bo było to w Wigilię, więc niech i on poczuje święta. Potem go trzeba było obmyć wodą z węża w ogrodzie a i tak czuć było błotnisty zapach. Ale jaką miał miękką i delikatną sierść! Zawsze taka mu się robi po wodzie.
Dwa lata temu też chodziłyśmy na spacery, ale jakoś nie pamiętam tych wszystkich stawów i rzeczek. Zupełnie nie kojarzyłam tego miasteczka z taką ilością wody, już bardziej z ciszą, bo ludzi na ulicach wcale tak często spotkać tu nie można.
Poza różnymi spacerami, siedzimy w dużym pokoju, w którym pachnie choinką a wieczorem słychać trzaskanie drewna w kominku. Czasem jemy coś dobrego, ja nie zdążam zgłodnieć a tu znowu coś do jedzenia: A to obiad, a to ciasto i herbata, później kolacja… Może to taka specyfika świąt, że choćby to było zwykłe jedzenie, to w tym okresie zabiera więcej miejsca w żołądku? No bo to święta w końcu!
Były i prezenty w tym roku, chyba udane. Ja dostałam kolejne płyty, nowe słuchawki, czapkę i słodycze, więc czego chcieć więcej?
Wczoraj pochodziłyśmy trochę po pobliskim Bielefeld, gdzie już czuć wyraźnie, że to miasto. Posiedziałyśmy jakiś czas w jednej tradycyjnej knajpie, gdzie pomyślałam sobie, że tu też mogę się czuć dobrze. Tak, to możliwe.
Nie żałuję, że zdecydowałam się tu przyjechać z Doro. Nie jestem sama i wcale obco się tu nie czuję. Polskich kolęd też nawet słuchaliśmy, więc tradycji stało się zadość.
To były spokojne święta, w miejscu, gdzie latem pewnie śpiewa dużo ptaków i pachną różne kwiaty. Wcale nie czuję, że jestem w mieście, nawet w takim małym. Pies też raczej jest zadowolony, bo może się wybiegać, no i gdy mama Doro robi coś w kuchni, on tam biegnie, bo może coś spadnie przypadkiem?
Jesteśmy razem, pachnie choinką – czego chcieć więcej?

Komentuj(0)


godz: 22:32 data: 2011.12.6
25

I nastał ten dzień, choć rano trochę trudno było mi uwierzyć, że to właśnie dziś i tak po prostu.
Ćwierć wieku, jeszcze jedno takie 25 i będzie 50. Hmm, jak ten czas leci!
Pamiętam, jak skończyłam 7 lat i myślałam sobie, że to już tyle!
A teraz myślę sobie, że 7 lat to bardzo niewiele.
Niby 25 to też żaden rekord ani przełomowa liczba a jednak mam wrażenie, że to jakaś zmiana bardziej konkretna, przekroczenie jakiejś granicy. Od 25, do 25 – czy ten wiek jest jakimś wyznacznikiem?
Na razie trudno mi to stwierdzić, muszę się przyzwyczaić do tej nowej cyfry.
Przyzwyczajam się więc stopniowo a w tle zwykłe, i mniej zwykłe, chwile. Postanowiłam sobie, że nie będę się dziś po południu niczym konkretnym i należącym do codziennych obowiązków zajmować. Żadna tam nauka ani korekta!
Poczytałam sobie, posłuchałam przy tym nowej płyty od Doro, potem zjadłyśmy dobrą kolację w japońskiej restauracji. A przedpołudniem zajęcia nudne, które jakoś udało mi się przetrwać. Gdzieś między tym wszystkim jakieś smsy i kilka telefonów – ktoś jednak pamięta. I kolejne dwie płyty dostałam.
Zadzwoniono też do mnie z zaproszeniem na pewną konferencję organizowaną przez pewną Fundację, ale i tak iść nie mogę, bo mam wtedy zajęcia, a nawet gdybym mogła…
W sumie miły dzień: Pamiętają o mnie i to nie tylko ci, z którymi mam częsty kontakt, mam o trzy ciekawe płyty więcej, no i cyfra po dwójce się zmieniła.
Chyba czasem potrzebny jest taki dzień, żeby pozwolić sobie na choćby małe świętowanie i trochę więcej uwagi np. od samego siebie. No i nastawienie jakieś inne i poczucie, że to mój dzień, ten tylko mój.
Aha, zrobiło się też bardziej deszczowo a co za tym idzie, częściej ogarnia mnie senność. Eh…, ale nie narzekam.
Co się wydarzy przez ten rok? Podejmę jakieś ważne decyzje? Zajdą jakieś istotne zmiany? Ten ostatni rok mogę zaliczyć do udanych mimo różnych trudności, które czasem mnie dosięgały. Coś się skończyło a inne sprawy zaczęły dopiero się rozkręcać. Zrobiłam kilka konkretnych kroków, zaczęłam też bardziej świadomie myśleć o sobie i o tym co wokół.
A teraz czuję, że oczy mi się zamykają a palce przestają się poruszać – zasypiam na siedząco. Czy to znaczy, że będę taka śnięta przez cały rok? To nie byłaby specjalnie oczekiwana zmiana…

Komentuj(2)


godz: 21:16 data: 2011.12.2
Garść myśli

Dawno miałam napisać, ale nie wyszło. Miał być wpis rocznicowy. Ale… tak naprawdę to liczy się pamięć a ona wciąż żywa. Czasem lubię podkreślać tę pamięć wpisami, ale w końcu nic na siłę.
Co się zmieniło przez ten rok?
Jest na pewno łatwiej, o wiele łatwiej niż po śmierci taty. Dlaczego? Może powodem jest zadbanie o siebie – różne rozmowy, czasem łzy i większa samoświadomość: Automatem nie jestem, czasem trzeba pozwolić sobie na smutek, potem robi się lżej.
Już o wiele łatwiej myśleć mi o tym, że za jakiś czas ten Dom nie będzie mój. Trudność sprawia jeszcze świadomość, że ten następny ktoś będzie chciał go zmieniać, przebudowywać itp. (będzie miał do tego prawo, wiem).
Czasem płaczę, ale nie traktuję tego jako porażki. Myślę o rodzicach, niekiedy mi się śnią, głównie dobrze.
Chcę pamiętać, ale i wiem, że muszę iść dalej. Myślę o nowym mieszkaniu (jakie będzie, jak się do niego przyzwyczaję).
Ważne są dla mnie kontakty z rodziną, zależy mi na ich utrzymaniu (czasem mam wrażenie, że to ode mnie wyłącznie zależy)
Mimo wszystko źle mi nie jest i nic bym nie zmieniła w mojej obecnej sytuacji (ewentualnie na lepsze).
Wiadomo, gdyby się dało, to chciałabym, żeby mama była, żebyśmy mogły tak przyjeżdżać do niej i siedzieć razemale to niemożliwe. No cóż, zostały wspomnienia, jakieś rzeczy i o to mogę dbać.
Jestem bardziej świadoma siebie, mniej się zastanawiam, co inni pomyślą i powiedzą (ich sprawa a życie przecież moje).
Tyle podsumowania, teraz kilka słów na temat dzisiejszego dnia.
Przyjechałam do domu. Na szczęście piec włączony jest od wczoraj, więc temperatura przyzwoita i kurtkę mogłam zdjąć.
Zrobiłam podstawowe zakupy. Potem odwiedził mnie pośrednik z firmy zajmującej się nieruchomościami. Tę sprawę mogę odhaczyć (a myślałam, że wszystko będę załatwiać jutro). Wisi nade mną jeszcze woda (opłacić ostatnie miesiące) i ubrania mamy (rok już tak leżą, czas najwyższy zrobić z tym porządek – zrobi się trochę pusto).
Najadłam się bardzo dobrymi orzechami laskowymi w mlecznej czekoladzie – kolacja z głowy? Do picia jak zwykle Earl Grey tradycyjnie.
Siedzę w pokoju na fotelu a pies leży na zaimprowizowanym legowisku kilka metrów dalej. Mam nadzieję, że mu tam wygodnie.
Czytam, teraz piszę, przy różnych piosenkach z trójkowej listy przebojów.
Niedawno słyszałam stuk kropel deszczu o parapet – pada? To ostatnio dość niezwykłe, choć listopad i czasem grudzień to takie deszczowe miesiące. I w ogóle tak ciepło w tym roku!
Naprawdę, jest mi tu bardzo dobrze. Ostatnio jak tu przyjeżdżam zawsze tak jest. Wykorzystuję te chwilę, bo za jakiś czas… to nie będzie moje miejsce.
Jestem sama, ale to wcale nie jest takie złe. Może czasem trzeba takiej zmiany i własnej przestrzeni?
Z ostatniej chwili, właśnie powiedzieli w wiadomościach, że w przyszłym tygodniu będzie więcej deszczu. Rolnicy mówią, że to dobrze, bo jest susza. Hm, mi zawsze susza kojarzyła się z latem.
Jak to czasem niewiele trzeba, żeby czuć się na miejscu! Każdemu tego życzę.
P.S. A poza tym, postanawiam pisać częściej, żeby notka nie wydawała się taka nieskładna – zadużo myśli po miesiącu.

Komentuj(2)


godz: 16:13 data: 2011.11.1
Przy święcie kilka refleksji

Taki to dziś dzień, że tylko usiąść i rozpamiętywać. Można sobie włączyć jakiś program radiowy, w którym na pewno będzie spokojna, nastrojowa muzyka i wspomnienia wielkich i znanych, którzy odeszli. I nic więcej nietrzeba – nastrój odpowiedni gwarantowany. Aha, jeszcze pójść na cmentarz można, spotkać kogoś z rodziny.
Tak czytam sobie gdzieniegdzie, że to święto jest okropne, bo tłok na cmentarzach, bo więcej myśli się o umarłych niż o żywych, bo niepotrzebny spęd dalszej i bliższej rodziny i każdy tak naprawdę tylko chce się pokazać i poplotkować – brak prawdziwej refleksji.
I ja się po części z tym zgadzam, bo nagle jakaś część naszego społeczeństwa przypomina sobie o zaniedbanych przez prawie rok grobach. I jaki to czas na zastanowienie się nad różnymi ważnymi sprawami, gdy nad głową ciągle ktoś stoi? Na cmentarzach tłumy a potem pewnie w domach przy uroczystych obiadach gwar. Wszyscy się spotykają, bo tak przecież było zawsze, bo jak można inaczej? No i atmosfera sprzyjająca – wszędzie wspomnienia i refleksyjna muzyka. Po co to wszystko?
To może być irytujące i nużące – ta powtarzalność. I może jakaś część ludzi wykonuje te wszystkie czynności i spotyka się z rodziną, bo tak wypada. I może ja też po części ulegam tej atmosferze, bo ona taka wszechobecna. Ale mimo wszystko myślę, jako ja, że ten dzień jest mi potrzebny. Może zadużo tych ckliwych tonów, może gdyby nie tradycja, nie spotykalibyśmy się przy grobach tak licznie… Ale może to jest jednak potrzebne, żeby choć chwilę pomyśleć o tych wszystkich, których już nie ma (co za banalne zdanie~!)
Nie wiem tak naprawdę, jak to jest, bo przecież i w inne dni nie zapominam np. o rodzicach, a i o innych zdarza mi się pomyśleć. Może to takie przyzwyczajenie, bo ten dzień jest co rok a to co znane i przewidywalne, staje się chyba bardziej akceptowane… Bo jest zawsze, więc się z tym godzimy i to przyjmujemy jako potrzebny rytuał.
A gdyby nikt nie wpadł na pomysł, aby było takie święto? To co, coś by nam umknęło i bylibyśmy gorsi, niepełni?
Czuję, że dobrze, że jest ten czas, ale… dlaczego jestem o tym przekonana? Czy nielepiej by było, gdyby każdy sam dbał o tę część siebie? Gdyby nie było tych stad na cmentarzach i korków na drogach. Czy takie wspólne wspominanie i przeżywanie jest lepsze od indywidualnego posiedzenia w ciszy przy grobach bliskich? To ma nam pewnie coś uświadamiać, ten klimat, który jest wszędzie – wewnętrzne porządki, żeby wszystko było jak trzeba.
A może lepiej jest podchodzić do tego wszystkiego bardziej… na luzie? Może lepiej pobiegać w jakimś strasznym przebraniu z dynią a nie tylko zamyślać się i słuchać w radiach laurek o sławnych ludziach? Swoją drogą, dlaczego o zmarłych trzeba mówić tylko dobrze?
Ja rozumiem, że tak jest łatwiej, sama się czasem na tym przyłapuję, że wyszukuję tego co dobre, jeśli np. o rodzinę chodzi, ale… To nie były, ani po śmierci nie są, żadne pomniki! To ludzie tacy jak my, choć zgadzam się, że miło jest wspominać dobre chwile.
Chciałam jeszcze napisać o jednej ważnej sprawie, która siedzi mi w głowie od wczoraj, w każdym razie tak mocno od wczoraj.
Mój brat z żoną zaprosili mnie i ciocię, która przyjechała z okolic Gdańska, na kolację. Oprócz cioci przyszły jeszcze jej siostra ze swoją córką. W pewnym momencie mój brat najprawdopodobniej spojrzał na ekran telewizora i powiedział coś o Palikocie i o tym, że to okropne i że dlaczego krzyż chce zdejmować i w ogóle to on ma dziwne pomysły. Zareagowała na te słowa siostra cioci mówiąc, że to rzeczywiście straszne, bo nie powinien on się krzyża czepiać, jesteśmy narodem katolickim.
Poczułam się nieswojo, ale nie wiedziałam co i czy w ogóle coś mówić, jakby nie było to gość. Adam zgodził się z powyższym stwierdzeniem, myślę, że tak po prostu było najprościej, bo pomysły Palikota są zbyt rewolucyjne i mowa jest o czymś, co dla części ludzi jest nieznane a więc dziwne.
Potem było jeszcze o haloween, że to okropne, bo z Ameryki przyszło a skoro tak, to niczego dobrego spodziewać się nie można (no tak, co nasze to lepsze).
W pewnym momencie ciocia powiedziała coś na temat jakiejś kobiety, że ojej taka okropna (myślałam, że o Annę Grodzką chodzi i zacznie się dyskusja o tych no, transwestytach i innych zboczeńcach, ale nie). Na co jej siostra: „No tak, Środa to okropna baba”.
Zrobiło mi się jeszcze bardziej nieswojo. Tak właściwie to spotkałam się z takimi opiniami w rodzinie (no… i nie tylko) poraz pierwszy. Przygnębiły mnie te stwierdzenia i wcale nie dlatego, że głosowałam na Palikota; z resztą Adam mnie o to zapytał. Szkoda, że nie powiedziałam, że głosowałam na SLD.
Nie umiem powiedzieć, jak się poczułam, ale nie było to nic miłego. Wrażenie, że ja tu nie pasuję i że wcale nie jest tak do końca, jak to ciocia i jej rodzina twierdzi.
Nawet nie miałam czasu się zastanowić nad jakąś odpowiedzią, bo temat dość szybko się zmienił. I pewnie inni szybko zapomnieli o swoich słowach a mi one ciążyły przez kilka godzin.
Skąd ta pewność, że wszyscy są katolikami? Niewszyscy też są heteroseksualni, nie zawsze to, co znane i oczywiste, jest najlepsze i jedynie słuszne.
Eh, może i dobrze, że jest taki czas na refleksje, można na spokojnie pomyśleć. Tak, wbrew pozorom można.

Komentuj(2)


godz: 22:27 data: 2011.10.26
Inne uszy mam!

Tak się zastanawiałam: „Pisać coś, czy nie pisać?” W końcu stwierdziłam, że dlaczego by nie, już jakiś czas minął od poprzedniego wpisu.
Ostatnio jakoś nie mam takiej wielkiej potrzeby, aby się wywnętrzać na blogu i pisać o moich wszystkich rozterkach albo smutkach i radościach. Nie to, że w ogóle pisać nie chcę, ale widocznie robię to z mniejszą częstotliwością. Bloga jednak zamykać nie zamierzam. Po prostu różnie w życiu bywa i teraz widocznie jest taki okres, że mniej piszę w ogóle.
W sumie, przed właściwą historyjką, jaką mam dziś do opowiedzenia, mogłabym cokolwiek o tym ostatnim okresie jednak wspomnieć.
Trochę się pozmieniało, ponieważ wróciłam na studia – znów odczuwam tę charakterystyczną atmosferę, szczególnie, gdy wchodzę na teren kampusu głównego. Jest jednak o tyle lepiej, że o wiele szybciej i chyba bardziej konkretnie poznaję ludzi z roku (jeśli to Natalio przeczytasz, to komentarz dla Ciebie: głównie są to dziewczyny, ale w moim odczuciu bardzo hetero. Ale w sumie… kto je tam wie…).
Dzięki mojemu pieskowi, którym się wszyscy zachwycają włącznie z profesorami, poznałam jedną miłą i chyba nadającą na podobnych falach dziewczynę. Wszystko dlatego, że Rusty na jakimś wykładzie, podczas którego Magda siedziała obok mnie, zaczął ją lizać. Lizał tak i lizał i nie dało się go przywołać do porządku. Magda mówiła oczywiście, że jej to nie przeszkadza i ona naprawdę lubi psy, ale… no bez przesady, takie zachowanie na poważnym wykładzie?
Cóż, dzięki bezpośredniości mojego psa, Magda stała się jedną z pierwszych osób, które poznałam w tym roku akademickim i jedną z tych, z którymi Rusty wita się skacząc na dwóch łapach i machając żywo swoim długim ogonem. Widocznie coś ona w sobie ma.
Poza zajęciami, pomiędzy którymi mam trochę okienek, zajmuję się korektą audiobooków. Zajęcie to niezwykle ciekawe, bo wciąż dowiaduję się o czymś nowym. Niektóre książki są warte uwagi a inne… dziwię się czasem, że jest ktoś, kto coś takiego chce przeczytać! Jakby nie było, muszę pokonywać wszystko, nawet niezwykle nudne albo przewidywalne czytadła. Na szczęście są też ciekawe książki, które czytam jednym tchem, choć staram się nie emocjonować zabardzo, bo przecież korektą się mam zajmować poza wnikaniem w treść.
Nie jest więc źle, czuję się na miejscu cokolwiek robię. A czasem, wśród tych zwykłych wydarzeń, znajdzie się jakiś drobiażdżek, który daje do myślenia, albo wywołuje uśmiech. Ewentualnie jedno i drugie. I takie drobne rzeczy najlepiej mi się ostatnio opisuje. A o czym będzie tym razem?
Nosiłam się od kilku dni z pójściem do banku i z wizytą na dworcu w celu kupienia biletu na najbliższy piątek – mam już doświadczenie i wiem, że przed takimi dniami jak np. Wszystkich Świętych warto kupić bilet wcześniej.
Wizyta na dworcu nie ma jednak związku z tym, co chcę napisać, więc wrócę do odwiedzin w banku.
Trochę czasu tam siedziałam, bo miałam kilka spraw do załatwienia. Oczywiście był ze mną pies, którym zdążyło się zachwycić kilka osób. Dowiedziałam się nawet, że zawsze mogę przychodzić tam z pieskiem, bo taki grzeczny i miły i w ogóle ma mnie pilnować. Ja wiem i bez tych słów, że mogę z psem do banku wchodzić, bo to przewodnik a z nim mogę wejść właściwie wszędzie, ale to miło, że spotykam się z takimi pozytywnymi reakcjami.
Wracając jednak do sedna sprawy, siedziałam w banku jakiś czas. Pies leżał, albo siedział obok. Co chwilę popiskiwał (to jego ostatnie odkrycie, że pisk wywołuje z reguły pożądaną reakcję a przynajmniej zainteresowanie). Za każdym razem, gdy schylałam się do niego, żeby powiedzieć mu, że „no o co chodzi? Waruj, jeszcze trochę wytrzymasz, byłeś przecież na sik”, miła pani, która pomagała mi w tych różnych ważnych i skomplikowanych bankowych operacjach, broniła pieska mówiąc, że on przecież nic takiego nie robi, jest grzeczny i w ogóle żebym go nie stresowała. Ja jej na to, że oczywiście jest grzeczny, ale pisnął a ja nie wiem dlaczego itp. Na co ona, że nie nie, to drukarka piszczała a w ogóle to nikt tego nie słyszał. (żadna to drukarka nie była, jestem w stanie odróżnić drukarkę od psa)
Pisnął za jakiś czas znów i sytuacja się powtórzyła. Miła pani, że spokojnie i piesek jest grzeczny a ja, że pisnął. Na co ona:
- A ja tego nie słyszałam! Pani to ma takie inne uszy i więcej dzięki temu słyszy.
Jak zwykle zaprzeczyłam, bo moje uszy nie są jakieś szczególne, a w każdym razie nic mi o tym niewiadomo. No ale taka pani pracująca w banku myśli inaczej, więc może ona wie lepiej i coś w tym jest? Przecież jestem nawet w stanie wysłyszeć i odróżnić pisk psa od pisku drukarki np.
Hm, to chyba jest jeszcze lepiej niż myślałam i mam kolejny powód do radości nie?

Komentuj(1)


godz: 13:19 data: 2011.10.9
A córeczka jak tam?

Przede mną kolejna krótka historyjka do opowiedzenia.
Wszystko miało miejsce 2 tygodnie temu w Lublinie, gdzie pojechałyśmy na weekend.
Pogoda była lepsza o tyle od dzisiejszej, że było cieplej. A atmosfera? W powietrzu czuło się zbliżające wybory (tak, w Lublinie o wiele bardziej mogłyśmy to odczuć – mnustwo porozklejanych plakatów).
Wybory oczywiście nie grały głównej roli w tamten weekend, ale czuć było tę plakatową rywalizację. A skoro tak, trochę i o tym myślałyśmy.
Chyba na rynku Doro zauważyła namiot jednej partii; nie pamiętam już, dlaczego tam był. W każdym razie postanowiłyśmy skorzystać z okazji i zobaczyć co jest w środku – jakie ulotki i materiały, czego się z nich dowiemy.
Weszłyśmy. Przywitała nas miła, szczebiocząca pani a potem dołączył się jej towarzysz, najprawdopodobniej mąż. Zachwycali się pieskiem (tak jest zawsze) i mówili, że też mają psa i że rasy jakiejś tam. Potem pokazali swoje materiały reklamowe (bo jak to inaczej nazwać; dla mnie to prawie zawsze reklama nieprzekładająca się na rzeczywistość).
Tak sobie stałyśmy i słuchałyśmy szczebiotu miłej pani z namiotu, gdy nagle do naszych uszu dotarło pytanie:
- a córeczka jak tam?
Stwierdziłam, że pewnie tam ktoś jeszcze jest, że może wszedł przed chwilą jakiś znajomy przemiłej pary. Nic nie odpowiedziałam, bo to przecież nie do mnie. Z resztą najpierw musiałam w sekundę poskładać myśli i zrozumieć do kogo skierowane jest pytanie. Najwidoczniej coś mi się nie poskładało jak trzeba, bo nikogo poza nami nie było.
Doro chyba też nic nie odpowiedziała i o ile dobrze pamiętam, niedługo potem, po jakimś pożegnaniu, wyszłyśmy. Może i z resztą jakoś któraś z nas zareagowała, nie wiem. Jestem za to pewna, że po chwili dotarło do mnie, o co chodziło i do kogo skierowane było pytanie.
…Tak, tą córeczką byłam ja!
Po otrząśnięciu się z pewnego rodzaju szoku pomyślałam sobie, że to jednak ciekawe, jak ludzie próbują nazywać i określać to co widzą i czego nie są pewni, ale im się składa w zrozumiałą całość. No bo jak myśleć inaczej, gdy widzi się dwie kobiety, z których jedna jest trochę młodsza od drugiej? To albo przyjaciółki (takie „prawdziwe” i bez podtekstów), albo siostry, ewentualnie… mama i córka.
To ostatnie jest wyjątkowo śmieszne! Aż tak młodo wyglądam? I w ogóle dlaczego trzeba nazywać i określać? Tak bardzo jest to potrzebne? A jeśli tak, to dlaczego musi to być jakieś pokrewieństwo a nie związek?
Ale o co ja pytam, dwie kobiety i związek? To być nie może! Nie u nas.

Komentuj(3)


godz: 08:18 data: 2011.09.27
Moja ewentualna praca i ciekawe spotkanie

Te krótkie historyjki, które zaraz opiszę, miały miejsce jakiś czas temu, mniej więcej miesiąc miną. Łączy je to, że są niedługie, trochę zaskakujące i obie zdarzyły się w niedzielę (nie tę samą)
I
Był koniec sierpnia. Niedzielne po południe. Doro nie mogła iść na koncert, na który dostała dla nas bilety, więc musiałam znaleźć kogoś innego. Pomyślałam o Aśce. Jak przypuszczałam, zgodziła się.
Czekałam na nią już jakiś czas na umówionym przystanku, z którego miałyśmy pognać do synagogi (koncert wg planu miał się zacząć o 17 a ta godzina właśnie wtedy wybiła).
Czekałam tak sobie na nią spokojnie mimo braku czasu, bo wychodzę z założenia, że dodatkowe nakręcanie się i myślenie, że „o kurcze, no przecież się spóźnimy, już się „spóźniłyśmy, a niech to!” nic nie da. I tak tymi aktami strzelistymi czasu nie cofniemy.
Właściwie to źle napisałam, bo czekałam ja i pies. Staliśmy tak sobie w miejscu widocznym, żeby jeszcze bardziej spóźniona Aśka nas znalazła, gdy nagle… usłyszałam czyjeś kroki a potem dość niepewny głos męski zadający mi pytanie:
- Czy pani zbiera… - tu chwila zawahania tak moja jak i właściciela głosu - ..yyy… pieniądze?
- A, nie nie! – powiedziałam z dość dużym osłupieniem.
Tym sposobem dotarło do mnie, że…: Wystarczyłoby tak niewiele a miałabym za co żyć i wcale nie musiałabym jeździć gdzieś tam, robić badań a potem przyzwyczajać się do miejsca i wdrażać w obowiązki.
Wystarczyło wyjść na ulicę i stanąć (ekhm… jak to brzmi!) a pieniądze sypałyby się do postawionej przede mną puszki albo do innego kapelusza.
I co ważne, nikogo bym nie okłamywała, nie brałabym na litość, przecież nie widzę – mam prawo!
II
W którąś kolejną niedzielę wracałam z weekendu w domu. Jechałam jak zwykle autobusem po południu. Autobus ten trasę swą zaczyna w Ostródzie a więc niedaleko mnie. I jedzie tak przez większość czasu mijając mniejsze miejscowości. A mimo tego, spotkało mnie coś nieprawdopodobnego!
W pewnym momencie kierowca stanął na kilka minut. Teraz już bardzo doceniam te przerwy, ponieważ mogę wyjść wtedy z psem w pobliskie krzaki, dzięki czemu przez dalszą część drogi jestem spokojniejsza, że żadnej ewentualnej katastrofy nie będzie.
Wyszłam więc spokojnie i pozwoliłam psu prowadzić się do odpowiedniego miejsca. Długo mnie jednak nie prowadził, ponieważ zaraz podeszła do mnie pasażerka naszego autobusu, która jechała kilka siedzeń za mną i głośno opowiadała raczej przypadkowemu towarzyszowi podróży o sobie i o swoim życiu. Zapytała mnie, czy nie potrzebuję pomocy, na co ja odpowiedziałam, że właściwie tak, bo pies itd. Poszłyśmy w odpowiednie miejsce a potem głośna pasażerka zaproponowała, żebym na nią poczekała, bo ona też ma potrzebę i… wiadomo.
Do odjazdu autobusu było jeszcze trochę czasu, więc usiadłyśmy na ławce. Po chwili podszedł do nas chłopak, którego również już słyszałam i wiem, że siedział trochę przede mną. Zapytał, czy może pogłaskać Rusty’ego i powiedział, że tak w ogóle to on zna tego psa, ponieważ przez jakiś czas miał go u siebie jego znajomy weterynarz mieszkający z partnerem.
Niby nic nadzwyczajnego a zrobiły na mnie te słowa wrażenie! Bo jak to możliwe, że w tym samym autobusie jadącym przez nienajwiększe miejscowości…, że jechał tam ktoś jeszcze, kto akurat zna tego psa! Zna mojego psa i mówi w dodatku, że był on wcześniej u znajomego weterynarza i u jego chłopaka… A teraz jest u mnie i u Doro – miał czas, aby oswoić się z osobami nieheteroseksualnymi.
Hm, wiem, że to właściwie nic takiego, ale ten zbieg okoliczności mnie zaskoczył. Naprawdę, w tym miejscu nie zawsze spotykam kogoś, kto jakkolwiek jest ze mną związany, czy (jak w tym przypadku) zna właśnie mojego psa. To dość małoprawdopodobne…
Myślę, że moje zaskoczenie było wyraźnie widać, bo głośna pasażerka postanowiła mnie sprowadzić na ziemię. Powiedziała cicho, ale tonem wskazującym na doświadczenie życiowe i chęć uratowania mnie od ewentualnego niebezpieczeństwa:
- Pani mu nie wierzy, to jakiś dziwny chłopak, podejrzanie wygląda.
- Ale… dlaczego podejrzanie – zapytałam.
- No bo taki szczupły i ma ciemne okulary, nie wiem, jak jakiś narkoman wygląda…
Eh, ile to się można od życzliwych współpasażerów dowiedzieć! Szczególnie ma to znaczenie dla tak biednych i nieświadomych istot jak ja. No bo kto wie, co by ten „dziwny” chłopak zrobił? I tak już pogłaskał psa i zadzwonił do tego (na pewno wymyślonego) znajomego.
Nie byłam pewna, czy to prawda, ale wyłącznie z powodu tego nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności. Kilka dni później zapytałam tresera, czy Rusty mieszkał kiedyś u weterynarza i jego partnera. Okazało się, że tak.
Wniosek z tego taki, że nie znasz dnia ani godziny, kiedy możesz spotkać kogoś, kto zna poprzez jakieś sploty życiowe Ciebie a na pewno twojego psa. I wcale nie musi to być osoba hetero, choć przecież w takich np. autobusach wYłącznie tacy jeżdżą.

Komentuj(1)




Strona Główna | Księga Gości | O mnie | Archiwum | Linki



Menu bloga
Strona Główna
Księga Gości
O mnie
Archiwum
Linki



2012
Styczeń
2011
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2010
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2009
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2008
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec


Tasak po godzinach

Ingalill

Porcelina w potoku

Miłość po trzydziestce

Kane's blog

Ona

Bądź taka/nie bądź taka

Ca valait la peine

Blog wielobranżowy

Zakochana w niej

Walpurg

Kallipygos

Ekskursje w dyskursie

Abiekt
Wiele się można dowiedzieć
Natalia Oreiro
Pisane z charakterem:D
Biseksblog

Lotna
Jestem pod wrażeniem!
Kalina

Uruska

Dziewczyny

Ciervona

Beata

Yga Kostrzewa

Agnieszka
lesbowe mądrości według tej pani:D
Labryska
Każdy z nas szuka szczęścia:)
Filip
Blog niezwykłego człowieka
Anka
Więcej takich blogów proszę!
Biseksualny blog

Blue

Ania:)
Rozsądna się wydaje ta dziewczyna;widać w Niej Człowieka
No wukkas

Asia

Pati
Rewelacyjnie śpiewa!:)
Trzyczęściowy garnitur

mój drugi (pierwszy) blog
i tam jest dużo mnie
o naszym języku
w końcu i ja zamierzam być polonistką!:)
Di :)

Wisiorek
ilu ludzi, tyle różnych dróg...
Aneczka
Nie wiem, co bym bez Niej zrobiła!


wszystkich
Odsłon
43130Użytkowników
34559



Kanał RSS