|
|

|
|
wazne-i-wazniejsze.eblog.pl
|
|
|
|
|
godz: 19:05 data: 2010.09.1 Powrót Edyty Bartosiewicz
To podobno jedno z ważniejszych muzycznych wydarzeń tego roku a na pewno
najważniejszy występ na Orange Warsaw Festiwal. W sobotę 28 sierpnia 2010 r.
dała swój pierwszy koncert od 10 lat Edyta Bartosiewicz.
Myślę, że nie tylko ja tak bardzo czekałam na ten koncert, nie tylko ja nie
mogłam uwierzyć, że tym razem to wydarzy się naprawdę. A na początku tego
tak niecierpliwie oczekiwanego występu, poczułam jak mi dreszcz przeszedł po
plecach a w gardle pojawiło się coś dziwnego, aż wstyd się przyznać. To były
naprawdę silne emocje, nie wiem, czy na jakimkolwiek innym koncercie czegoś
podobnego doświadczyłam. Raczej nie.
Tak, ja wiem, długa przerwa a więc i to wspomniane oczekiwanie zrobiły
swoje. Może gdyby to był któryś z kolei w tym roku koncertów Bartosiewicz , wrażeń byłoby
mniej, może mniej silne emocje by temu towarzyszyły. Choć nie wątpię, że tak
jak w tę sobotę, czekałabym na pierwsze dźwięki i na ten charakterystyczny
głos. I pewnie też stwierdziłabym z satysfakcją i zadowoleniem: "No, na
szczęście Edyta umie śpiewać na żywo a nie tylko w studiu nagraniowym."
O tym, że Edyta wystąpi dowiedziałam się jakiś czas temu. Oczywiście było
dla mnie jasne jak słońce, że muszę na ten koncert iść. Doro kupiła bilety
na tydzień przed tym ważnym dniem. Było wiadomo, że sobotę mamy zaplanowaną
a w każdym razie drugą jej część . Nie byłam pewna, czy wybieranie się na
wszystkie koncerty przewidziane przez organizatorów tego festiwalu jest
dobrym pomysłem - różne zespoły, niewszystkie kojarzę. No i to długo trwa
wszystko, bo od 16.45 do północy. Ale trudno, może warto i nie będziemy
żałować. Poszłyśmy.
Niestety tak się złożyło, że Doro źle spojrzała na zegarek i na miejscu
byłyśmy godzinę wcześniej, niż zamierzałyśmy. Zła nie byłam, tylko nie
miałam pojęcia, co my z taką ilością czasu zrobimy. Pogoda sprzyjająca
plenerowym imprezom nie była. Obeszłyśmy jakąś część terenu, gdzie miał
miejsce festiwal. To duża przestrzeń na Służewcu, spokojnie pomieściłaby
tysiące uczestników. Swoją drogą, nie mam pojęcia, ile ludzi było.
Jak my przyszłyśmy, tłumów wcale nie było i nie dało się odczuć żadnej
szczególnej atmosfery. To może minus takich bardzo komercyjnych
przedsięwzięć, że niby wszystko jest bardzo profesjonalnie i jak należy, ale
czegoś brakuje.
Czy znalazłyby się powody do narzekania? Niestety tak. Pierwsze co wprawiło
mnie w dość duże osłupienie to ceny jedzenia. Na terenie festiwalowym
rozstawionych było dużo budek z kiełbaskami, szaszłykami,
zapiekankami itp. Jak mi powiedziała Doro, wszystko jednej firmy.
Ale mniejsza o to, ceny tegojedzenia były, jak dla mnie, powalające!
Najtańszy był bigos - 10 zł. Zapiekanka - 12, duża kiełbaska - 20 a
szaszłyk - 30! Nie słyszałam jeszcze o takich cenach, jeśli o tego typu
jedzenie chodzi. Nie dało się nic nie jeść, więc jedną taką drogocenną
zapiekankę zjadłam (ok, ale żadna rewelacja. Fakt, duuuuża) a Doro skusiła
się na kiełbaskę.
Ale dość o tym, miało być o koncercie.
Edyta występowała na końcu. Wszystko co słyszałam przed nią, specjalnie mnie
nie zachwyciło. No, może trochę ciekawszy był "White lies", reszta w
porządku, ale płyt mieć nie muszę. Najmniejsze wrażenie zrobiła na mnie
Courtney Love - podobno gwiazda. Wg mnie, głosu ona nie ma żadnego a muzyka
też nie poraża. Oczywiście, jeśli komuś się podoba to nie krytykuję, to moje
osobiste odczucia, widocznie inne klimaty wolę. Zdziwiłam się tyylko, bo tak
ją reklamowali, że podobno świetna i co tam jeszcze można powiedzieć a tu -
żadnych emocji w wykonywanych utworach nie słyszałam, głos mnie raczej
odrzucał. Nie mam pojęcia, jak ten koncert odebrali inni, czytałam na
którymś z blogów, że podobno dobrze. Ja czekałam na edytę, gdyby nie ona,
dawno bym sobie poszła gdzieś, gdzie jest cieplej.
Na koncercie Edyty było chyba najwięcej ludzi i wtedy rzeczywiście
zapanowała bardziej festiwalowa atmosfera. Usłyszeliśmy znane przeboje w
nowych aranżacjach (jak dla mnie, mogłyby być mocniej zagrane) i dwie
piosenki z przyszłej płyty, które całkiem miło brzmiały, choć też raczej
spokojne.
Czas gnał jak szalony, ledwo się koncert zaczął a już był jego koniec. I bisy z czego ostatni (czwarty) to powtórka "Szału", bo więcej muzycy nie przygotowali. Naprawdę nie żałuję, że byłam na tym koncercie, warto było! Wcześniej, jak jeszcze Bartosiewicz występowała, byłam zamała:D i nawet, jeśli jakaś piosenka mi się spodobała, dłużej się nad nią nie zatrzymywałam. Olśnienie przyszło zaraz po maturze. zachwyciłam się wtedy muzyką i tekstami Edytyy i innych wokalistów rockowych. I tak mi zostało.
Cieszę się, że po tak długim czasie wystąpiła, że była w formie. Warto było czekać, na żywo to zupełnie co innego niż na płytach. Było słychać i czuć emocje w wyśpiewanych utworach, nie były one nijakie. I ta emocjonalność i naturalność bardzo przyciąga, bo pokazuje prawdziwego człowieka z krwi i kości a zarazem artystę.
Brawo Edyta, czekamy na płytę i na koncerty. Mam nadzieję, że równie udane, choć już bez tych ogromnych emocji, i w zwykłej codziennej rzeczywistości.
Komentuj(0)
godz: 23:49 data: 2010.08.31 Londyn - relacja z wypadu
Minął tydzień od mojej ostatniej notki i… nic, aż Gastria mnie ponagliła.:D Postaram się więc po krótce zrelacjonować nasz wypad.
Muszę przyznać, że wstawanie o 4 rano nie jest łatwe, myślałam, że entuzjazm związany z wyjazdem, jaki mi się wreszcie udzielił, spowoduje, że zerwę się z łóżka od razu. Nic z tego, w dodatku grzebałam się niemiłosiernie, wszystko zajmowało mi dużo więcej czasu i dzień przed powrotem Doro stwierdziła, że może budzik nastawi na wcześniejszą godzinę, niż planowałyśmy, bo może znów będę funkcjonować na zwolnionych obrotach. Obruszyłam się, bo jakże to, takie rzeczy o mnie mówić?! Ja wstanę szybko, wystarczy mi na ogarnięcie się 10 minut. Tym razem rzeczywiście tak było. No, ale nie o tym, nie o tym.
Wstałam z trudem wielkim, jakimś cudem o niczym nie zapomniałam. Trochę przerażał mnie lot, nie pierwszy w moim życiu (już drugi), ale jednak wyobraźnia działa, na myśl przychodzi to co najgorsze. Bo to w powietrzu i jak coś się stanie… Na drodze oczywiście też może być wypadek, ale z tą formą transportu jesteśmy obyci i mniej się boimy. Wiadomo, to co mniej znane, bardziej przeraża. No i chyba to, że jest się tak wysoko, robi swoje, wizja takiej katastrofy szybciej się nasuwa.
Doleciałyśmy bez problemu, więc mogłam odetchnąć z ulgą. Do Londynu trzeba było jechać jeszcze jakąś godzinę, bo samolot lądował na lotnisku w jakiejś dość bliskiej miejscowości a nie w samej stolicy Wielkiej Brytanii.
Nie mogłam się przyzwyczaić, że kierowca siedzi po prawej stronie i że jak wchodzimy do autobusu, kierujemy się w inną stronę, niż bym myślała.
Najpierw poszłyśmy do hotelu zostawić bagaż. Było chyba przed 9 angielskiego czasu. Pokój mogłyśmy dostać o 13, więc miałyśmy trochę czasu. Chodziłyśmy po mieście, po Hyde Parku i tam gdzie najczęściej można spotkać turystów w Londynie. Przed pałacem Buckingham można było usłyszeć mnóstwo języków z różnych stron świata.
Było chłodno, ale nie padało wbrew zapowiedziom. Potem to się zmieniło, ale już byłyśmy pod dachem jakimś. Z resztą, ten deszcz nie przeszkadzał mi tak jak w Polsce. Może to kwestia nastawienia.
Pierwsza część dnia minęła nam na zwiedzaniu najbardziej znanych miejsc, na spotkaniu kilku ciekawych ludzi (w metrze jakiś starszy człowiek z ciekawym instrumentem, który chętnie mi go pokazał, nad Tamizą kolejny muzykant ze szkockimi dudami i jakiś Polak dziwny, który próbował z nami nawiązać kontakt). Pierwsze wrażenia dotyczące ludzi – raczej otwarci i mili i widocznie przyzwyczajeni do wielokulturowości.
Senność jednak dawała nam się we znaki (krótka noc) i deszcz zaczął padać, więc wróciłyśmy do hotelu.
Na wieczór miałyśmy zaplanowane wyjście do jednego z wielu teatrów. Wybrałyyśmy się na musical zrobionyy na podstawie filmu. Opowiada on historię kilku dragqueen z Sydney, które wyruszają autobusem do miasta gdzieś w środku pustyni. Po drodze spotykają je różne miłe i mniej miłe sytuacje. Wszystko oczywiście kończy się dobrze. Muzyka świetna, można odczuć tę atmosferę! Oczywiście wszystkiego nie rozumiałam, ale zawsze to jednak styczność z językiem a przy okazji dobra zabawa. Te wszystkie piosenki spowodowały, że poczułam się jak na karaoke w homo klubie; widocznie podobne klimaty wszędzie.
Po musicalu poszłyśmy coś zjeść do chińskiej restauracji, w której wszystkim zajmowali się Chińczycy, chyba Anglika nie było żadnego. Jedzenie smakowało inaczej niż w podobnych restauracjach w Polsce, widocznie prawdziwe chińskie dania inaczej smakują, niż to się np. Polakom je przygotowującym wydaje.
Jeszcze co do jedzenia, tradycyjne angielskie dania to dla mnie nic nadzwyczajnego. Angielskie śniadanie może być i trzeba przyznać, że syte, ale żadna rewelacja. Mam wrażenie, że przypraw to oni nie używają albo mało. No i, może w to trudno uwierzyć, ale cola ma inny smak. Doro mówi, że w Stanach jest jeszcze inna. Ciekawe…
Drugi dzień to przede wszystkim chodzenie po różnego rodzaju zaułkach, straganach i sklepach. Widziałyśmy mnóstwo drobiazgów, pamiątek itp. Może to mało istotne spostrzeżenie, ale na porządku dziennym w Londynie jest, że gzieś tam na stoisku, pośród różności są flagi a między nimi i ta tęczowa. W Polsce z czymś takim się jeszcze nie spotkałam, ewentualnie przed Europride, ale to też w konkretnych miejscach jakoś z wydarzeniem związanych. Eh, takie niby nic a pokazuje, ile jeszcze przed nami do zrobienia!
Kupiłam kubek w formie londyńskiego autobusu, miał być dla mamy. Miał, ale się nie doczekał, bo gdy ja wchodziłam na jakiś postument pomnika, Doro go upuściła. Trudno.:( Następnego dnia kupiłyśmy herbatę w ciekawych pudełkach (autobus, budka telefoniczna, skrzynka na listy). Mama bardzo się z tego prezentu ucieszyła.
Tego wieczora byłyśmy na koncercie, jednym z kilku darmowych. Średnio nam się podobało, nawet mniej niż średnio. Ostatni zespół był w porządku, dwa wcześniejsze, niezabardzo. Ale przynajmniej obejrzałam kontrabas.
Było po 22, więc jeszcze na tyle wcześnie, że można było pojechać na jakąś ciekawszą imprezę. To też było coś darmowego, mi do gustu muzyka nie przypadła, a Doro nie miała nic przeciwko. Byyło zagłośno i to nie moje klimaty. Jedno co mi się podobało to fakt, że w klubie (i w ogóle w miejscach publicznych) niewolno palić. Ach, jakie to miłe wychodzić z imprezy i nie czuć się przesiąkniętym dymem od góryy do dołu, wszędzie bez wyjątku. No i jest czym oddychać! Kiedy w Polsce wprowadzą takie przepisy?
Po jakimś czasie wreszcie wyszłyśmy i z tego klubu. Wróciłyśmy do naszej dzielnicy taksówką (drogą, nie polecam), bo metro już nie jeździło. To nie był jednak koniec, wstąpiłyśmy jeszcze do najbliższego lokalu branżowego. Dużo ludzi tam nie było, a ci obecni raczej koło 50. Oczywiście sami faceci. Mimo wszystko miło było posiedzieć.
Późno dość wstałyśmy następnego dnia i śniadanie musiałyśmy sobie zorganizować we własnym zakresie. Udało nam się znaleźć fajną kawiarnię (czy coś podobnego) z dobrym i świeżym jedzeniem. A potem przyszedł czas na zwiedzanie parlamentu. Doro była bardziej zainteresowana niż ja, ale nie żałuję.
Po południu znów jakieś sklepy i wrażenie, że ludzi w Londynie jest mnóstwo, że gnają jak szaleni i nie patrzą przed siebie. Jednak Warszawa jest mniejsza, spokojniejsza. Chyba nie chciałabym żyć w takiej metropolii. Już po dwóch dniach miałam dość tego tłoku i, jak mi się wydawało, chaosu.
Doro bolała głowa i była senna. Wcale nie było pewne, czy pójdziemy do kolejnego branżowego klubu, w którym co piątek są imprezy kobiece. Byłam ciekawa, jak tam jest, ale skoro Ją bolała głowa, nie miało sensu męczyć się przy głośnej najprawdopodobniej muzyce. Trudno, innym razem widocznie – tak sobie pomyślałam.
A jednak ból głowy prawie ustał i po jakiejś kolacji, udałyśmy się do wspomnianego klubu. Dziewczyny siedziały, popijały trunki i rozmawiały. Nic poza tym się nie działo, ale była miła atmosfera. Od jednej z pań dostałam nawet drugą poduszkę do siedzenia, żeby mi było wygodniej.:) Hm, ale ja na brak wygody nie narzekałam. Widocznie takie są dziewczyny uprzejme i gościnne:D
Tego wieczora byłyśmy grzeczne i o 23 już układałyśmy się do snu. W końcu wstać trzeba było o 5. I jak pisałam wcześniej, lepiej poszło niż w środę, gdy wylatywałyśmy.
Doleciałyśmy bez problemu. Niestety pogoda nielepsza niż w Londynie. I tak do tej pory.
Co zapamiętam z tych kilku dni? Na ulicach mnóstwo ludzi mówiących przeróżnymi językami a więc i o różnych kolorach skóry. Oczywiście bez problemu można spotkać Polaków, nic to tam nadzwyczajnego.
Ludzie raczej pomocni i otwarci, naturalni i chyba z większym dystansem do siebie.
Cola ma inny smak, wszędzie drogo. Ciekawe jest też to, że w jednym teatrze może być grana np. tylko jedna sztuka i to przez ileś tam sezonów, aż do momentu, kiedy widzowie przestaną się nią interesować. I tak np. w którymś z wielu londyńskich teatrów grają jedną i tę samą sztukę przez 58 lat, o ile dobrze pamiętam.
Miasto miłe, ale chyba nie jest tym, do którego chciałabym jaknajczęściej wracać. Może od czasu do czasu.:)
Komentuj(1)
godz: 22:40 data: 2010.08.24 Kiepski początek tygodnia/kolejny szalony pomysł Doro
W domu byłam tylko na weekend, bo wciąż mam korepetycje z angielskiego. Jeżdżę więc tam na krótko, ale mam nadzieję, że choć trochę moja obecność mamie pomaga. Nie czuję się tam źle, poza chwilami słabości, które każdemu się zdarzają a już w takiej sytuacji jak obecna, to niestety nie ma co się dziwić.
Niedziela zaczęła się dość dobrze i spokojnie. Wstałam, zjadłam śniadanie a potem siedziałam w moim pokoju z mamą. Zdawałam sobie sprawę, że po południu wyjeżdżam, ale ani mnie to nie przygnębiało, ani nie cieszyło. Tak ma być i już.
Gorzej było, gdy mama zabrała się za gotowanie obiadu. W pewnym momencie powiedziała, że coś ją boli w klatce piersiowej. Przestraszyłam się, bo wiem, że są tam jakieś zmiany w płucach. Na szczęście małe (przynajmniej tak było w lipcu), ale są.
Ból był chyba dość silny i całkiem ustąpił dopiero po 10 minutach. Niestety ja uspokoić się nie mogłam. Zastanawiałam się, czy by może po kogoś nie zadzwonić – po pogotowie? Nie, bo mamie nic takiego nie jest przecież. A może do kogoś z rodziny, zawsze to raźniej pobyć razem.
Bałam się, że coś się mamie stanie, jak ja wyjadę, że nie będzie w stanie poprosić o pomoc. Potem jednak zaczęłam sobie przypominać, że przed usunięciem guza z mózgu głowa też mamę bolała. To o tyle pocieszające, że nic poza tym się nie działo, po prostu guz uciskał nerwy. Niestety coś tam się pewnie dzieje w płucach teraz. I może nie powinnam tak panikować, ale po tej sytuacji w lipcu… jestem widocznie przewrażliwiona i wyobrażam sobie wszystko co najgorsze.
Pojechałam. Wcale dobrze się nie czułam. Mój nastrój niestety pogarszał się coraz bardziej i tak aż do wczorajszego wieczora.
Znowu poczułam się tak bardzo bezradna! Bo co tu mają do rzeczy jakieś moje chcenia? Kolejny raz uświadomiłam sobie, że dużo zmienić nie mogę, że nie wiem, co będzie dalej i jak ja sobie poradzę, jak mama będzie się czuła. Chciałabym mieć nad tym wszystkim większą kontrolę! Ale jestem tylko człowiekiem. Już dawno nie czułam się tak źle, miałam wrażenie, że czas gna zaszybko, że nie zdążę, że będę żałować… A myślałam, że już rzadziej mam takie myśli, że trochę więcej we mnie nadziei.
Nie wiem dlaczego tak mocno przeżywałam to wszystko, choć właściwie nic takiego się nie stało. Mama dalej radzi sobie nieźle, mówi, że nic ją nie boli. Widocznie od czasu do czasu musi być taki dzień.
W międzyczasie, wczoraj ok. południa, zadzwoniła Doro. Zapytała jak mama a potem powiedziała, że jeśli nie mam nic przeciwko, zrobimy sobie kilka dni wakacji. Ona ma jeszcze trochę wolnego, możemy polecieć w środę do Londynu. Przy okazji osłucham się z językiem. I co ja na to?
Nie skakałam z radości, ani nie protestowałam, bo ta wiadomość mnie bardzo zaskoczyła! Ale zgodziłam się z małym wahaniem, to w końcu tylko do soboty i zawsze mogę do mamy zadzwonić. A może warto gdzieś wyjechać, oderwać się od zwykłych spraw i różnych problemów.
Dopiero dziś dotarło do mnie, że jutro polecę do innego kraju! Pozwiedzamy trochę i pewnie będzie fajnie.
Doro jednak przychodzą szalone pomysły do głowy! Bo żeby ot tak stwierdzić w jednej chwili, że możnaby polecieć a za chwilę już pytać mnie o Zdanie i rezerwować lot? Swoją drogą, długo my sobie jutro nie pośpimy – taksówka o 4:30 a wylatujemy o 6 rano. Z Internetu dowiedziałyśmy się, że pogoda zapowiada się średnia. No, zobaczymy. Jak wrócę, podzielę się wrażeniami.
See you!
Komentuj(1)
godz: 22:12 data: 2010.08.21 Wieczorne smutki:((
Nic złego się nie stało. Jestem w domu i taki nastrój mnie ogarnął… Przypominają się te chwile spędzone z całą jeszcze rodziną. Teraz zdaję sobie sprawę, że to była w pewnym sensie beztroska. Tak to określam, ponieważ nie musiałam się martwić o każdy kolejny dzień, do głowy mi nawet nie przychodziło, że tak można liczyć, tak się napinać (bo co dalej) i tak można się cieszyć z kolejnego spokojnego dnia. Rodzice przecież są i będą (o starości się nie myśli, bo do tego jeszcze dobrych kilka lat).
Staram się nie rozklejać, wiem, że teraz raczej mama potrzebuje mojej pomocy niż na odwrót. Ale gdy tak siedzę i zdaję sobie sprawę z tego, ile się zmieniło i ilu już osób nigdy nie spotkam…
W moim pokoju mama już pewnie śpi, a ja tu siedzę i myślę, jak mi źle i co będzie dalej?... Taka chwila słabości po prostu. Nie lubię takich stanów, bo wtedy znowu uświadamiam sobie, co i kogo straciłam i ile ewentualnie mogę stracić jeszcze. Mogę, choć nie chcę! Ale jaki mam na to wpływ? Żeby ktoś wreszcie wymyślił, odkrył jakiś skuteczny lek… Bo zadużo ludzi cierpi i umiera, choć mogliby pożyć. A dla ich rodzin też nie jest to łatwe.
Nie chcę już żadnych zmian na gorsze w tym temacie. Chcę mieć tę pewność, że mama jest, że dobrze się czuje. Tylko i aż tyle.
Komentuj(2)
godz: 14:12 data: 2010.08.18 No powiedz, powiedz wreszcie!
Widocznie mamę to nurtuje, skoro już drugi raz w ciągu kilku dni, zadaje to samo pytanie. Sens jest ten sam, ale szczegółowych pytań więcej:
- Kim ona jest – koleżanką, narzeczoną? A może żoną? Ty z nią wyjedziesz?
- No…
- Ja po prostu pytam, no odpowiedz.
- Yyyy, no jeśli będzie wszystko w porządku, to pewnie wyjedziemy razem. (no niestety w Polsce to jeszcze niemożliwe, ślubu by nam nikt nie udzielił. No i chyba zakrótko się znamy, bo co to jest 1,5 roku? Tzn. ja wiem, że niektórzy pobierają się szybciej, ale… Z resztą, ja jeszcze studiuję. No i to poważna decyzja a ja, choć traktuję nasz związek bardzo poważnie, poczekałabym jeszcze trochę)
- A co będzie za dwa lata, będziesz tam mieszkać z nią jako półżona? (hmmm…. Można być półżoną? A może kobieta będąca z kobietą jest półżoną a jak jest związek hetero, wtedy kobietę określa się jako żona…?)
- Ona tak lubi żyć z kobietami? A z mężczyznami nie? (no tak właśnie jest czasem, jedni rodzą się i po jakimś czasie dociera do nich, że interesują się płcią przeciwną a drugich pociągają osoby tej samej płci. I jeszcze kilka wariantów by się znalazło).
- Ale jak Ty wyjedziesz, nie będę do was przyjeżdżać, nie mam tyle pieniędzy. Z resztą, masz jeszcze dwa lata, przemyślisz wszystko i podejmiesz decyzję, jak chcesz żyć. Ja rad dawać żadnych nie będę, to twoje życie. (zdanie swoje powiedzieć możesz) Ale wiesz, ja mam różnych znajomych i nie obchodzi mnie jak żyją. (w domyśle jak mniemam: nic mnie nie zdziwi, życie znam)
- A Dorota to płakała wtedy, bo nie chciała, żebyś została?
- Nie, to z zupełnie innego powodu.
- Przez ten angielski? No, to dobrze, chce, żebyś się uczyła. Ale ona potrafi też Ciebie krytykować, (no i dobrze, idealna nie jestem) ja Ją lubię, ona nie jest taka jak… itd.
Jak to jest, że mamie zawsze zbiera się na takie rozmowy nagle i jestem na tyle w szoku (ciągle bardzo jasne sygnały i pytania wprost), że trudno mi po prostu dać odpowiedź. A jeszcze mama dziś takim ponaglającym tonem mówiła, że trudno mi było pozbierać myśli. Dałam tylko do zrozumienia, że wyjazd z Doro jest możliwy. A skoro tak, chyba musi nas łączyć coś więcej niż koleżeństwo.
Gdy już ochłonęłam, zaczęłam jeszcze bardziej niż ostatnio żałować, że nie powiedziałam prosto z mostu co jest na rzeczy! Wyobraziłam sobie tę ulgę jaką bym odczuła… I stwierdziłam, że trudno, albo teraz, albo niewiadomo kiedy. Puściłam mamie sygnał, żeby zadzwoniła. Czekałam na telefon i poczułam ucisk w żołądku wskazujący na stres. Znowu stres, choć mama przypuszcza, choć pewnie sobie wszystko przemyślała i z jej słów wynika, że jest gotowa na tę wiadomość. Oddzwoniła a ja powiedziałam, że zestresowała mnie tymi pytaniami o narzeczoną. Ona na to, że mam jeszcze dwa lata na podjęcie decyzji, przemyślenie (ale ja żadnej decyzji podejmować nie muszę!). Jeszcze coś tam powiedziała i zaczęła mówić o czym innym.
A ja już teraz tak się nakręciłam, że muszę sprawę wyjaśnić do końca, bo inaczej nie da mi to spokoju. Mam nadzieję, że dziś się uda!
Komentuj(0)
godz: 12:31 data: 2010.08.16 Działo się w weekend!
Nic szczególnego nie planowałyśmy na ten weekend. Ja przez kilka dni wahałam się, czy jechać do domu (mama sama), czy może zostać i posiedzieć nad angielskim (jak na razie nie mam słownika, więc Doro pełni tę funkcję). W piątek wieczorem spędziłyśmy miło czas z niedawno poznaną koleżanką Doro. Całkiem miła się wydaje, no i miałam okazję ćwiczyć angielski w praktyce.
Wróciłyśmy do domu po 11 i poszłyśmy spać. Przed snem miałam jeszcze więcej wątpliwości związanych z wyjazdem do domu, więc nastawiłam na wszelki wypadek budzik. Najwyżej po pobudce podejmę decyzję. I podjęłam – nie jadę.
Po śniadaniu zabrałam się za angielski. A po zrobieniu kilku ćwiczeń, Doro wpadł do głowy pomysł. I w ten sposób, zupełnie spontanicznie znalazłyśmy się w łodzi. Od razu pomyślałam o moich znajomych, których tam mam. Odezwałam się do dwójki z nich i tak się szczęśliwie złożyło, że byli tam akurat.
Od piątku jest festiwal z okazji okrągłej rocznicy istnienia Chorei. Nie wiem, czy wcześniej o tej grupie i związkach z nią pisałam. Wydaje mi się, że tak, bo te dwa lata temu byłam pod wrażeniem tego co robią i jak to robią. No i ta atmosfera, długie próby i wszystkie rozmowy! Z kilkoma osobami naprawdę się związałam i ten kontakt (różny, bo każdy ma swoje sprawy) na szczęście przetrwał.
Przyjechałam do łodzi i wiele wspomnień odżyło! Poczułam, że jeśli byłoby to możliwe, znowu chciałabym z nimi coś zagrać, chciałabym poczuć tę atmosferę. Pomyśleć, że tak naprawdę byłam z nimi jakieś dwa tygodnie a mimo tak krótkiego czasu, wiele z tego okresu pamiętam. Brakuje mi tych ludzi, ich otwartości, radości i ciepła. I te pieśni brzmią tak niesamowicie, że przechodzą mnie dreszcze. Ta muzyka bardzo mnie porusza, bo jest w niej wszystko, co cenię: naturalność, nierówny rytm, energia, chropowatość, wiele głosów nakładających się na siebie i czasem zgrzyty między nimi. Po prostu, gdy to słyszę, mam ochotę wstać, wskoczyć na scenę i dołączyć do występujących!
Napisałam do Pawła i do Doroty. Paweł odpisał, że zaprasza na niedzielny koncert a w sobotę wieczorem będzie jego koncert audiowizualny. Jak chcę, mogę przyjść. Uwzględniłyśmy w swoim planie te wydarzenia.
Trochę później oddzwoniła Dorota i również poinformowała mnie o niedzielnym koncercie a także powiedziała o innym spektaklu.
W ten sposób sobotni wieczór miałyśmy zaplanowany. Jednak do tych wszystkich wydarzeń kulturalnych zostało nam trochę czasu, więc wybrałyśmy się pozwiedzać centrum. Najpierw trudno je było znaleźć, ale jacyś chłopcy idący z piwem, po dość burzliwej wymianie zdań, wreszcie skierowali nas we właściwym kierunku.
Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od spaceru Piotrkowską. W jednej z licznych knajp, zrobiłyśmy sobie przerwę na jakiś chłodny napój. Czas umilał nam energiczny (i zapewne podpity) jegomość po 60. Śpiewał chętnie i dużo swym donośnym głosem, wygłaszał swoje złote myśli i chwalił się swoją Halinką.
Po tym miłym odpoczynku, pojechałyśmy zarezerwować pokój w hotelu. To co mnie zaskoczyło, to pytanie recepcjonistki: „Jedno łóżko czy dwa?” Nie wiem, czy zawsze, osoba w recepcji widząc dwie dziewczyny, zadaje takie pytanie…?
Potem przyszedł czas na spektakl i koncert. Do Fabryki Sztuki dotarłyśmy bez problemu i właściwie od razu natknęłyśmy się na Dorotę, z którą udało się chwilę porozmawiać. Spotkałam też Tomka, Elinę i Dominikę. Bardzo miła była ich reakcja na mój widok! Tyle miłych słów i tak serdeczne przyjęcie, że już bardziej uśmiechać się nie mogłam:))
Spektakl dotyczył Holocaustu i był pod tym samym tytułem co książka, na podstawie której został zrobiony – „Król kier na wylocie”. Na szczęście czytałam tę książkę, więc wiedziałam o co chodzi. A nie było to łatwe, bo wydarzenia nie są przedstawione chronologicznie, czasem opowieść mająca miejsce w czasie wojny przeplata się z dalszymi losami.
Jeśli chodzi o koncert audiowizualny, mało co mogę powiedzieć, bo ważna była tak muzyka jak i obrazy. To co słyszałam, brzmiało jak muzyka relaksacyjna mniej więcej.
Po zakończeniu projekcji poszłyśmy na tzw. Plażę, gdzie było kilku znajomych. Zmęczenie jednak dawało im się we znaki i było trochę sennie. Najwięcej rozmawiałyśmy z Dorotą. Dość szybko ulotniłyśmy się stamtąd i wróciłyśmy na Piotrkowską gdzie, co mnie zaskoczyło nie poraz pierwszy, było naprawdę mnóstwo ludzi! Wydaje mi się, że nocne życie w stolicy nie jest tak bujne. W każdym razie jeśli chodzi o miejsca poza klubami.
Czas mijał nam na naprawdę ciekawych i dość poważnych rozmowach. Cieszę się, że zdarzają się takie chwilę i że umiemy ze sobą rozmawiać, wymieniać się doświadczeniami i myślami.
Niedziela to dzień kilku miłych i mniej miłych zdarzeń. Najpierw, przy wyjeździe z hotelowego parkingu, Doro zahaczyła o murek, którego nie zauważyła. I niestety trzeba będzie samochód zaprowadzić do naprawy. Wiadomo, Doro była zła, bo gdyby spojrzała, gdyby portier dał znać… A tak trzeba wydawać pieniądze, choć możnaby tego uniknąć. Trudno, stało się, nie ona pierwsza i nie ostatnia.
Większa część dnia minęła nam na chodzeniu po muzeum fabryki Izraela Poznańskiego, po dawnym getcie i po największym w Europie cmentarzu Żydowskim. Ten cmentarz warto zobaczyć, ale szkoda, że zaniedbane są starsze groby i że tak trudno znaleźć wejście do niego – brak znaków.
Zostało nam trochę czasu do koncertu, więc poszłyśmy coś zjeść. Coraz mocniej padał deszcz, ale na szczęście siedziałyśmy pod parasolem. Po jedzeniu Doro poprosiła o rachunek a kelnerka na to (z lekkim wahaniem), że ktoś za nas zapłacił. Nie mam pojęcia, o co chodzi… Pomyłka, czy może takie wrażenie na kimś zrobiłyśmy?:) Pierwszy raz coś takiego nam się przytrafiło.
Na koniec dnia i pobytu w łodzi, koncert Chorei. Oczywiście wrażenie na mnie zrobił ogromne, żałowałam, że nie mogę występować z nimi. Słuchałam tych pieśni i przypominałam sobie, jak to było dwa lata temu. I zachwycałam się!
Do Warszawy wróciłyśmy ok. 23. Doro zaparkowała, rozejrzała się i stwierdziła, że nie ma jej rowera. Znów była zła, bo zapowiada się kolejny wydatek. Nie zamykała rowera na klucz, bo podwórko wydawało się bezpieczne.
Dziś rano jeszcze pytała naszą panią administrator, czy nic nie wie na ten temat. Okazało się, że podobno ktoś dobijał się do bramy a potem wszystko ucichło. Może ktoś otworzył i chłopak wziął sobie rower. Wprawdzie nienajnowszy, ale kiedyś był dobry. Eh, nie rozumiem takiego zachowania, jakby nie mógł sobie kupić! No i w ogóle po co brać cudzą własność?!
Tak minął ten weekend. Dużo wspomnień, trochę historii, kilka spotkań i dziwne sytuacje.
Komentuj(1)
godz: 20:39 data: 2010.08.11 Narzeczona, czy koleżanka?
Kilka dni temu pisałam o burzy, jaka miała miejsce w moim domu w sobotę. Był płacz Doro, moja dezorientacja i inne takie. Mama była świadkiem tej sytuacji i oczywiście przyznała rację Doro – nauka jest bardzo ważna. Tak, też tak uważam.
Po kilku dniach wszystko się poukładało i chyba powoli wychodzę na prostą. Ale nie o tym chciałam pisać tylko o wspomnianych łzach Doro. Mama nie mogła ich nie widzieć. No i… niby ona wie, czym były spowodowane a jednak coś jej się pokręciło i doszła do wniosku, że Doro płakała, ponieważ już zaczynała za mną tęsknić. Po prostu chciała, żebym była z nią w Warszawie.
Trochę mnie ta interpretacja zdziwiła, bo sytuacja dość jasno wskazywała o co chodzi. I nie było mowy o nas, o tym, że to kilkudniowe rozstanie jest dla Doro nie do zniesienia. Widocznie jednak mama ma w głowie inne skojarzenia, jeśli o nas chodzi. Jak płacz, to na pewno jakiś problem między nami.
W ogóle ostatnio co jakiś czas w rozmowach wypływa temat relacji łączącej mnie z Doro. Najpierw, chyba w piątek, mama powiedziała przy kolacji:
„Wy się mną nie przejmujcie, możecie robić co chcecie, ja zamknę drzwi. W końcu jesteście pełnoletnie.”
Zabrzmiało niedwuznacznie i aż mi się potem przyśniło, że siedzimy z Doro na dole na korytarzu a w pokoju obok mama rozmawia z sąsiadką o nas. Mówi, co nas łączy zupełnie otwarcie.
Byłam zaskoczona, że mama powiedziała coś takiego i to zupełnie spokojnie! Ponad rok temu, jak byłyśmy w Lubawie pierwszy raz, nie wydawało się to takie proste. Po wyjeździe miałam awanturę przez telefon dotyczącą mnie i Doro właśnie. No bo kto to w ogóle jest!
A teraz? Stwierdzenie faktu i tyle. Żadnych przykrych słów.
A dziś, podczas rozmowy przez telefon, też zeszło na podobne sprawy. Najpierw o angielskim: że ważny i że mogłam wcześniej to załatwić. No i dobrze, że Doro powiedziała o tym, ale… Ja powinnam mieć swoje życie. Teraz jestem z nią w Warszawie, ale co będzie za dwa lata? Ona wyjedzie, ale ja przecież nie, muszę też mieć pracę i swoje życie (a zagranicą nie jest to możliwe?). I nagle usłyszałam:
„A to twoja narzeczona, czy koleżanka? Ty z nią chcesz być do końca życia? (zamurowało mnie i chyba powiedziałam, że nie wiem. No ale taka jest prawda, skąd mogę wiedzieć, jak się życie potoczy?) Powinnaś znaleźć sobie jakiegoś kolegę i się z nim związać (a co, z koleżanką nie mogę? Mniejsza gwarancja dobrego życia?)”.
To być może był najlepszy moment do coming outu. Mogłam po prostu powiedzieć, że tak, to moja narzeczona. A niech i tak będzie, ważne, że wiadomo o co chodzi.
I może nie byłoby żadnego skandalu, mama ostatnio jakaś spokojniejsza i bardziej wyrozumiała. Ale, jakiś tam strach mnie ogarnął, jakieś obawy małe, choć o wiele mniejsze niż wcześniej, były. Czy przytrafi się jeszcze taka okazja, czy sama będę musiała sprowokować podobną rozmowę? A jeśli do niej dojdzie i powiem wprost jak jest, co mama na to? Niestety nie dowiem się, póki nie spróbuję. Ale chyba teraz mogę się spodziewać lepszej reakcji. Może mama zobaczyła, że Doro nie gryzie, że razem dobrze się rozumiemy i dogadujemy. Że tak też można żyć i człowiek wciąż jest taki sam. Z tą różnicą, że już się nie ukrywa i żyje zgodnie ze swoją naturą. I tak jest dobrze!
A to co mama mówi, może to takie sygnały dla mnie? Że nadszedł ten właściwy czas…
Komentuj(0)
godz: 18:43 data: 2010.08.7 Chaos na własne życzenie - potrzeba zmiany!
Był egzamin i się schrzanił. Było tyle miesięcy! Ale… No ja przecież nie wiem, jak to będzie wyglądać.
Mogę zapytać, ale gdzie?
Aha, w Bon-ie, albo kogoś, kto taki egzamin już miał.
Tak, ale… Mam jeszcze czas, jutro. (trudno, jakoś trudno o tym wszystkim myśleć, wizja egzaminu przeraża, bo jak ja sobie poradzę?!) No nie wiem co mam zrobić, więc czekam do dnia następnego. Nic się nie dzieje, sprawa jak była, tak jest.
I tak do dnia egzaminu, w którym brak mi było jakiejkolwiek pewności, że coś umiem. Co musi się stać? Ewentualnie jakieś niesamowite szczęście, ale nie przesadzajmy, aż takie cuda się nie zdarzają! I tym razem cudu nie było i kilka dni później wiedziałam już, że oblałam. I co?
Żal, kilka łez, złość na siebie, bo mogłam, bo to kwestia przygotowania, zainteresowania się. Samo się nie zrobi. I jakby tego było mało, Doro mówi, że mogła pomóc, że chciała, ale nie prosiłam, więc było jej głupio. I nic dziwnego, ja powinnam ją prosić, ale ciągle mi się wydawało, że niewarto jej zawracać głowy wieczorami po pracy, ma tyle swoich zajęć. No i w ogóle przecież ja jakoś sobie poradzę, coś wymyślę.
Minął czerwiec, lipiec, mamy początek sierpnia. Doro, po tygodniu spędzonym w Bieszczadach, przyjechała do mnie. Cieszyłam się, bo nie byłam tu sama. Jeździłyśmy do mamy, zwiedzałyśmy okolice i było miło. Doro proponowała czasem, że poczyta mi książkę po angielsku. I ja w sumie nie miałam nic przeciwko (w końcu trzeba ćwiczyć rozumienie ze słuchu), ale… to zaraz, jestem senna, piszę mail. Raz nawet się zgodziłam i było nawet ciekawe. Ale to i tak już minęło z pół tygodnia.
A dziś… burza! Było mi głupio, bo to ja powinnam się przejmować, prosić, w ostateczności płakać. Poczułam się bardzo dziwnie i niezręcznie. Co miałam powiedzieć? „Tak, wiem, to chyba moja najgorsza wada. W sytuacjach kiedy się czegoś boję (najczęściej egzamin, ale też inne sprawy) po prostu odwlekam to, odkładam na następny dzień, później znów na następny i tak ciągle. Tak, to głupota z mojej strony, bo problem nie znika a wydaje się jeszcze większy (i czasem jest)”.
Coś tam takiego, tylko w skróconej wersji powiedziałam. Było mi głupio, że druga osoba, tak bardzo mi bliska, martwi się o mnie do tego stopnia. Nie ukrywam, że za tą myślą przyszła kolejna: A jak wreszcie straci cierpliwość? Postaram się coś zmienić, to w końcu mi wyjdzie na dobre, ale jeśli jednak zdarzy się coś podobnego i już braknie chęci i wyrozumiałości z jej strony? Nie chcę w tak głupi sposób zrażać do siebie innych. Choć może to bezpodstawne obawy?
W każdym razie teraz czuję się dziwnie. Wiem, że powinnam znaleźć kogoś, kto by mi pomógł w przygotowaniach do egzaminu. To jest możliwe, ale wiąże się z ewentualnym powrotem do Warszawy. Chyba, że znajdę kogoś tu na miejscu. Jedna nauczycielka jest, ale nie będzie jej do przyszłego wtorku. Tyle czekać nie mogę. Zaraz zadzwonię do koleżanki i zapytam ją, może zna kogoś. A jeśli nie, jutro wrócę do Warszawy.
Nie miałabym nic przeciwko, w końcu tu jestem ponad dwa tygodnie, ale nie chcę, żeby mama była sama. Wprawdzie czuje się lepiej, właściwie chyba tak, jak przed tym pogorszeniem, ale… Mam w głowie ten ostatni zanik świadomości, zdaję sobie sprawę, że niedobrze jest ciągle samej siedzieć. I chciałabym po prostu z nią pobyć, znowu poczuć, że jest lepiej.
Mama mówi, że nauka jest najważniejsza, że jakby coś, ona da znać. Niby tak a jednak trudno mi stąd wyjechać. Mogłam dziś z Doro, nawet dzwoniła jeszcze do mnie przed chwilą i proponowała, że może zawróci i mnie weźmie ze sobą. Powiedziałam, że przyjadę jutro autobusem. Może nie jest to najlepsza decyzja, ale chcę to wszystko sobie poukładać, przemyśleć. Eh, narobiłam!
Głupio mi, że Doro tak się przejęła, nikt jeszcze tak nie reagował, jeśli o moje sprawy chodzi. Nie spodziewałam się. Czas na zmiany, ale takie konkretne, nie tylko słowa.
Komentuj(0)
godz: 00:31 data: 2010.08.2 To stabilny stan
Mama od czwartku jest na oddziale opieki paliatywnej w Działdowie. Wszystko bez problemu udało się załatwić, nawet karetka zawiozła ją z Iławy na miejsce co też miało swoje plusy, bo jednak sanitariuszom łatwiej jest przetransportować mamę niż np. mi.
Nie mam wyrzutów sumienia, bo i niby dlaczego miałabym je mieć? Przecież nie oddaliśmy mamy tam na stałe, nie zostawiliśmy jej ot tak. A mam przynajmniej pewność, że jest pod opieką i że jeśli cokolwiek będzie się działo, ktoś szybko zareaguje i, co ważne, będzie wiedział, co zrobić. No i może mama nabierze trochę sił, wróci do wcześniejszej formy.
Jest lepiej niż było, ale z pamięcią jak na razie średnio niestety. Zmiany zachodzące w mózgu są widocznie nieodwracalne i wpływają na jej funkcjonowanie. Wygląda to tak, że mówi mama w miarę dobrze, ale zapomina np. w jakiej miejscowości jest, jak się nazywają jakieś konkretne przedmioty lub czynności. Czasem powie coś, czego w ogóle nie jestem w stanie zrozumieć. A czasem domyślam się i to trafnie. Wczoraj Adam zwrócił na to uwagę i nie mogę powiedzieć, żebym nie poczuła czegoś w rodzaju satysfakcji. Bo on widzi, że z czymś sobie radzę.
W Działdowie mama będzie najprawdopodobniej do czwartku (to akurat ma zakodowane bardzo mocno!) a w piątek kolejna wizyta u lekarki w Bydgoszczy. Mam nadzieję, że podejmie ona jakieś decyzje; w planach miała naświetlanie klatki piersiowej, bo coś tam jest, na szczęście zmiany nieduże. W głowie nic złego się nie dzieje, nawet podobno jest poprawa. Ogółem, to stabilny stan. To świetnie, ale muszę przyznać, że w środę i w czwartek w ogóle tego nie czułam. Cały ten atak przestraszył mnie i znowu poczułam, że ta choroba jest nieprzewidywalna. Wcale nie czułam się spokojna.
Jeździmy do mamy codziennie (poza już wczorajszym dniem), wozimy jej jedzenie, bo wrócił jej na szczęście apetyt. Pewnie wpływ mają na to leki, które bierze w zwiększonej dawce. Jakby nie było, to dobrze, bo organizm ma z czego czerpać. Z chodzeniem średnio, ale na pewno lepiej niż w Iławie. Mama jest w stanie sama pójść do łazienki, dalej chyba jeszcze nie próbowała. Co ważne, w głowie już jej się nie kręci i nogi nie bolą. Na te zawroty wpływ chyba miał BRAK POTASU. Nie brała tabletek, że tak zmalała jego ilość? Miała takie…
Chciałabym, żeby było lepiej, żeby mama mogła znowu sama sobie radzić, to dla niej podstawa. I żeby nie miała takich problemów z pamięcią, nie chce się wierzyć, że tak energiczna i obrotna kobieta, ma tego typu problemy… To przykre. Chciałabym, żeby mogła cieszyć się każdym dniem, żeby wiedziała co, gdzie, kiedy i jak.
Siedzę teraz i piszę, choć myślałam, że dziś znów notki nie będzie. A jednak da radę, bo czekam na Doro, która przez niedzielę przejechała całą Polskę i właśnie do mnie dojeżdża. Zaskoczyła mnie, myślałam, że przyjedzie najwcześniej jutro, w końcu po drodze mogła się jeszcze gdzieś zatrzymać. A ona nie, przejechała z 600 km naszymi pięknymi drogami. Cieszę się na spotkanie, nie widziałyśmy się trochę ponad tydzień! Jak na nas to rekord! No i dobrze, bo sama nie będę. I może razem coś wymyślimy, żebym sama sobie mogła włączać Internet. I może mama posłucha Doro i da sobie pomóc. Czasem z tym trudno a Doro ma na nią jakiś niezwykły wpływ.
Tak wygląda koniec niedzieli i początek poniedziałku. Czekam, czekam, czekam! Z tego wszystkiego nawet pisanie mi lepiej idzie niż choćby popołudniu.
Komentuj(0)
Godz.: 22:47, data: 2010.07.28 Co dalej?...
Pusto tu. Dużo się dziś wydarzyło, choć nic na to nie zapowiadało… To był dzień jak każdy inny ostatnio. Mama źle się czuła, właściwie nie wstawała z łóżka poza kilkoma krokami. Do góry raczej nie wchodziła a jeśli to wymagało to dużo wysiłku. Była słaba, kręciło jej się w głowie, mało jadła. Co dzień przychodziła pani z opieki społecznej na dwie godziny, czasem sprzątała, chodziła zapłacić rachunki.
Ja starałam się większą część dnia siedzieć z mamą na dole. Nie rozmawiałyśmy dużo, jakoś trudno było zacząć jakiś temat. Ale jednak te kilka zdań wymieniałyśmy, może nie były one najistotniejsze… Czasem tak trudno wyrazić słowami to co się czuje. Ale się czuje.
Dziś był podobny dzień: rano zrobiłam mamie śniadanie, które prawie całe zjadła. W międzyczasie przyszła ciocia Basia, więc zostawiłam je same.
Po południu siedziałam na dole i przeglądałam różne blogi. Nagle mama powiedziała, że boli ją noga. Zapytałam więc, czy ma jakieś leki przeciwbólowe. Przyniosłam worek z lekarstwami i powtórzyłam pytanie. Mama nie odpowiedziała a po chwili zaczęła mówić coś bardzo niezrozumiałym głosem. Przestraszyłam się. Panika wzrosła, gdy mama zaczęła wydawać z siebie dziwne dźwięki. Pomyślałam, że może się dusi, że to tak jak tata… Wybiegłam z domu, żeby znaleźć kogoś, żeby nie być sama. Wiedziałam, że trzeba zadzwonić po karetkę, ale jaki tam jest numer?
Adam przyjechał krótko po moim telefonie. Zadzwonił po karetkę, która zjawiła się szybko. Z mamą udało się nawiązać jakiś kontakt, ale w sumie trudno powiedzieć, na ile była wtedy świadoma. Nie chciała dać ręki do zmierzenia ciśnienia, gwałtownie protestowała. Jak się potem okazało (już w szpitalu), nie pamiętała tego wszystkiego.
Wreszcie udało się ją położyć na noszach i zanieść do karetki. I do Iławy, znowu do tego samego szpitala, w którym była ponad 4 miesiące temu. Różnica jest taka, że wtedy położyli ją na neurologii, teraz nie chcieli jej w ogóle zostawiać, ale trzeba było zwiększyć ilość potasu w organizmie, więc na noc ją zostawili w Sali na izbie przyjęć. Poszliśmy tam na chwilę przed powrotem do domu, już była świadoma, ale bardzo słaba. Trudno jej było nawet podnieść się…
I co teraz? Pustka, choć jeszcze tak niedawno mama była na dole. Nie chciałam jednak tym razem u kogoś nocować. Mam już na tyle sił, że dam radę. Byle zasnąć, ale chyba większych problemów z tym nie będzie, bo jestem senna. Jest cicho, ale nie strasznie. Dam radę.
A jutro, mam nadzieję, wyjaśni się co dalej. Sprawa nie jest prosta, ponieważ stan mamy jest taki, że potrzebuje właściwie całodobowej opieki. Na razie jest słaba, za kilka dni może będzie lepiej, ale nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, czy znowu mama nie będzie miała podobnego ataku. No i skoro nie chodzi, ktoś powinien jej pomóc np. się myć a ja nie wiem, czy dam radę. A chcemy, żeby mama miała jaknajlepsze warunki, żeby nawet w takim stanie czuła się jak człowiek.
Adam dowiedział się od lekarza przyjmującego mamę w Iławie, że jest hospicjum np. w Działdowie; to dość blisko domu. Zadzwonił tam i jest duża szansa, że przyjmą mamę. Oby!
Dużo się dzieje, w nieoczekiwanych momentach następują jakieś zaskakujące zwroty zdarzeń. A ja staram się z nimi oswajać, jakoś dostosować się i nie poddać. Na razie wygrywam, mimo chwilowych smutków i łez, bez których się całkiem nie obejdzie raczej.
Komentuj(1)
Strona Główna |
Księga Gości |
O mnie |
Archiwum |
Linki |
|
|
|