wazne-i-wazniejsze.eblog.pl
Blog, Blogi, Fotoblogi - załóż już dzisiaj!
wazne-i-wazniejsze.eblog.pl
godz: 23:17 data: 2010.03.15
Na wiadomy temat

Lepiej, łatwiej na razie. Jestem spokojniejsza. Najtrudniej jest wieczorem, gdy do głowy przychodzą niepokojące myśli: Tak, teraz jest dobrze, ale jak długo tak będzie? Przecież ta lekarka mówiła, że w każdej chwili może nastąpić wylew, padaczka i inne podobnie przykre objawy. Co wtedy? Jak sobie dam radę, jeśli tak będzie?...
Nie, oczywiście, nie chcę, żeby tak było, na samą myśl robi się strasznie! Ale, może znowu coś się stać, nie mam pewności… Skąd taką pewność wziąć? Najlepiej byłoby czekać na telefon z Bydgoszczy, po prostu czekać i mieć nadzieję, że nic się do tego momentu nie stanie. Ale trudno tak po prostu czekać. Każdy sygnał telefonu wprawia mnie w dziwny stan i przez ułamek sekundy zastanawiam się, kto to dzwoni i czy to nie Adam a jeśli, to co mi powie. Na szczęście jeszcze do mnie nie dzwonił a tymbardziej nie dowiedziałam się o jakimkolwiek pogorszeniu.
Życie na szpilkach, z ciągłym niepokojem, który da o sobie znać w odpowiedniej chwili. Teraz jest prawie dobrze, ale w bardzo krótkim czasie może się to zmienić. Teraz?... Nie, jeszcze nie, spokojnie.
Żyję więc prawie normalnie. Chodzę na zajęcia, śmieję się, jeśli jest z czego, jem w bufecie i nawet mam apetyt. Słucham najróżniejszej muzyki co też świadczy o polepszeniu mojego samopoczucia. Gdyy sytuacja mnie przerasta, a przynajmniej takie mam wrażenie, jestem w stanie słuchać wyłącznie muzyki klasycznej. Dlaczego? Może powodem jest jej uniwersalizm, może to, że na niej się wychowałam a dopiero potem odkryłam inne style i dźwięki.
Mam też więcej nadziei i do głosu dochodzą nieśmiałe myśli: Może jeszcze będzie całkiem dobrze, może to tylko przykry i ciężki epizod? Gdy coś takiego się pojawia w mojej głowie, za chwilę włącza się alarm: Ej, nic niewiadomo, wszystko jeszcze może się zdarzyć. W każdej chwili – dziś, jutro, podczas operacji, po niej…
I tak od jednego krańca do drugiego. W nocy śni mi się, że okazuje się, że przeprowadzenie operacji jest niemożliwe. Z tych snów pamiętam takie powtarzające się sekwencje: jesteśmy z Adamem w szpitalu i z kimś rozmawiamy o mamie. Coś jest nie tak, albo jeszcze nie ma konkretnej diagnozy. Raz śniło mi się, że przyjechałam do szpitala z koleżanką z roku. Spotkałyśmyy na korytarzu jakąś zakonnicę, która powiadomiła nas, że nic zrobić się nie da. I tyle, klamka zapadła.
Wiedziałam, że to zakonnica, bo słyszałam chrzęst różańca.
Teraz jest wieczór, więc piszę, bo znów czuję niepokój. Dzwoniłam do mamyy kilka razy w ciągu dnia. Jest dobrze, tylko spać nie mogła w nocy. Czy to na nią jakoś źle nie wpłynie – pomyślałam. Mam nadzieję, że nie.
A jak było w domu? Przyjechałyśmy w piątek ok. 14. Posiedziałyśmy, potem zrobiłyśmy zakupy i coś do jedzenia. Był Adam i jeszcze raz dokładnie opowiedział o czwartkowej wizycie w Bydgoszczy. Obiecał wysłać mi zeskanowane dokumenty mamy, żeby je mógł zobaczyć lekarz w warszawie, ten, u którego byłam we wtorek. Poszłyśmyy też na spacer. Tak mniej więcej minął dzień, poczułam się lepiej, bo mama mówiła dość składnie i zachowywała się prawie tak, jak zwykle.
Z piątku na sobotę spałam niespokojnie. Niby wszystko pod kontrolą i w zasięgu ręki a jednak niepokój. Na szczęście nie dręczące myśli i łzy, tylko mały niepokój, z którym można sobie poradzić. W takich wypadkach rozsądek jeszcze ma coś do powiedzenia.
Właśnie tej nocy śniła mi się wyżej wspomniana siostra z różańcem. Obudziłam się po 3 i już nie zasnęłam. Wsłuchiwałam się w ciszę, w cykanie zegara na dole i w oddech mamy. Doro spała za zamkniętymi drzwiami, więc Jej słuchać nie mogłam. Po 5 poszłam po słuchawki, bo wyleżeć już nie dało rady. Usiadłam w kuchni i włączyłam radio. Nie wiem, co bym bez radia zrobiła, to moja odskocznia w chwilach trudnych, skarbnica wiedzy, sposób na nudę.
O 6 wstała mama i zdziwiła się, że nie śpię. Zrobiła coś do picia i poszłyśmy na dół.
Sobota to porządki jak przystało na ten dzień. Energia mamy mnie przerażała, bo nie miałam pojęcia, jak na nią wysiłek wpłynie. Jak na razie (odpukać!) skutków negatywnych brak.
Oprócz strachu czułam też radość, bo skoro tak, skoro sprząta i głowa ją nie boli, zachowuje się już zupełnie jak wcześniej, lekarstwa pomagają, szpital pomógł, może też nasza obecność dodaje wigoru, to jest nieźle. Oby, choćby tak chciałabym pomóc! A w chorobie nastawienie do wszystkiego jest bardzo ważne i pozytywne myśli, nie siedzenie i płacz. Mama na szczęście, jak i kiedyś, nie poddaje się tak po prostu. Na pewno się boi, nie wierzę, że w ogóle ją cała ta sytuacja nie obchodzi, ale widać jej silny charakter. Ja wiem, że się przejmuje, nawet jeśli mówi, że na ten temat dużo nie myśli. Myśli, ale robi też coś, aby pokonać własny strach. Tak czuję, mam nadzieję, że dobrze i że naprawdę tak jest.
Tego dnia my robiłyśmy obiad znów i znów smakował. Adam był z rodziną dwa razy. Poza tym, siedzenie na dole, jakieś tam rozmowy. Wszyscy byli senni.
Z soboty na niedzielę spałam spokojniej i dłużej. W niedzielę posiedziałyśmy do 15. Nie martwiłam się, co będzie, jak wyjedziemy, bo mieli przyjechać znajomi. Wiedziałam, że mama nie będzie sama, więc łatwiej jej będzie poradzić sobie z myślą, że nas nie ma.
Przed południem przyszedł czas na wspomnienia i na oglądanie zdjęć: Mama jako mała dziewczynka, mały Adam, mała ja – wszyscy nie do poznania. Żal mi czasem, że to już minęło, że tyle osób odeszło. Zostały we wspomnieniach i na zdjęciach. Doceniam zdjęcia.
Na koniec wspólny obiad zrobiony przez mamę i w powrotną drogę. Łez nie było. Wyjeżdżałam ze świadomością, że jest lepiej, niż myślałam. Trzeba być ostrożnym oczywiście, ale warto też docenić teraźniejszość a ona jest dobra.
Czasem dopadają mnie wątpliwości, ale wmawiam sobie, że ja też słaba nie jestem. Pozwalam sobie nieraz na łzy, bo nie ma sensu z nimi walczyć, bo muszę się oczyścić. Nie chcę zadręczać innych, ale wiem też, że muszę z siebie wyrzucić wszystkie obawy i myśli. Rozmawiam więc i piszę, tak dla znalezienia równowagi. W miarę możliwości radzę też sobie sama. I tak leci, oby ciągle jaknajlepiej i bez nagłych, i niedobrych, zwrotów akcji.

Komentuj(1)


godz: 22:08 data: 2010.03.11
Po wizycie w Bydgoszczy

Bałam się dzisiejszego dnia a z drugiej strony, chciałam już wiedzieć, co wykazał rezonans magnetyczny. Byłam po części przygotowana (bo na to całkiem chyba trudno się przygotować), że to przerzut i że skierują mamę na naświetlania albo na chemię znów. Oczywiście bardzo chciałam, żeby tak nie było, ale po wstępnej diagnozie w Iławie, zdawałam sobie sprawę, co mogę usłyszeć.
Wstałam dziś wcześnie, bo od zeszłego tygodnia mam wykład o 8 rano. Potem miałam się spotkać z jedną kobietą, która pisze jakąś tam pracę i ja byłam jej przydatna a potem umówiłam się na spotkanie z Agnieszką. Po wykładzie, przyszła Basia. Ledwo usiadłyśmy, gdy zadzwonił Adam. Powiedział, że onkolodzy na razie nic zrobić nie mogą, potrzebny jest neurochirurg. Właśnie jechali do kliniki wojskowej, gdzie podobno jakiś był.
Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw i nie wiem, czy to dobrze. Jest teraz we mnie, i pewnie nietylko we mnie, więcej nadziei, że może i tym razem uda się pokonać chorobę. Dużo zależy przecież od nastawienia. I czas jest ważny, niewolno zwlekać! Właśnie dlatego znowu zaczęłam nalegać, żeby Adam wysłal faksem wyniki rezonansu, wypis po chemii i po operacji. To ważne, bo może jak zobaczy to inny lekarz, przyjdzie mu coś do głowy. Może zna jakiegoś dobrego specjalistę, może mógłby załatwić, żeby mamę szybciej zaczęli leczyć. Na razie w Bydgoszczy nie ma miejsc, ale tamtejszy neurochirurg powiedział, że na pewno w tym miesiącu zajmą się mamą. Widocznie to pilne, skoro tak szybko. Podobno na wizytę i leczenie na neurochirurgii czeka się nawet rok, więc i tak mamy szczęście.
Jutro jedziemy z Doro do domu, mam nadzieję, że mama nie będzie się zabardzo stresowała. My możemy zrobić zakupy, coś ugotować, posprzątać itp. Mama nie może być sama! Nie musi koło nas chodzić, nam włos z głowy nie spadnie, jak umyjemy podłogę, zrobimy jedzenie i inne takie czynności. Ona zawsze uważa, że to do Niej należy, ale ja już malutka nie jestem, Doro raczej też już dorosła.
Ale skoro chcą wyciąć ten guz, widocznie nie jest tak źle i szanse są. Lekarz powiedział, że niekoniecznie to przerzut, może to być nowe ognisko. Niedobrze, że jest i że tak wpływa na mamę, ale jeśli rzeczywiście to nie przerzut, może niewszystko stracone. Od razu poczułam się lepiej!

Komentuj(1)


godz: 21:01 data: 2010.03.9
Niedziela, poniedzialek, dziś

Teraz jest lepiej. Zaczęło się polepszać w niedzielę, pewnie lekarze dali mamie coś na wzmocnienie, albo inne potrzebne lekarstwa. W każdym razie, z godziny na godzinę Jej stan się poprawia. Jak tam przyjechałam, ledwo mówiła. Zaczynała jakieś zdanie, by po chwili je przerwać, bo brak słów. Jakby tego było mało, miała mniej więcej co 15 minut okropne bóle głowy. Chwytał Ją taki ból, że nie mogła oddychać a z oczu ciekły łzy. Żal patrzeć, być i nie móc nic zrobić!... Lekarza oczywiście na oddziale nie było, bo weekend. Gdy Adam poprosił pielęgniarkę, żeby dała mamie coś przeciwbólowego, ta przyniosła dwie tabletki paracetamolu. Śmieszne! Co taki paracetamol pomoże w tej sytuacji? To nie lekki ból zęba, czy żołądka. Potem jednak coś jej podali skuteczniejszego i ataki ustały. Na szczęście.
Jak przyjechaliśmy z Adamem w niedzielę po południu, mama już mówiła trochę bardziej składnie. Przy nas pielęgniarka dała Jej też zastrzyk. Pewnie obrzęk zaczął się zmniejszać. Świadomość wracała co nas uspokajało. W ogóle dobrze było przy niej być, bo jakoś wtedy łatwiej myśleć o tym wszystkim. Wprawdzie obaw wciąż niemało a jeszcze szpital sam w sobie nie jest miejscem, które by się pozytywnie kojarzyło, ale mimo tego przy mamie rozedrgania w nas było nieco mniej. Potem niestety wracało wszystko.
Miałam spać we własnym domu, ale świadomość nocy w pustej przestrzeni, gdzie tak niedawno była mama, przerażała mnie. Najgorzej jest nocą, gdy myśli trudno zagłuszyć i te najczarniejsze wydają się jeszcze bardziej realne. Trudno z nimi walczyć, trudno sobie przetłumaczyć, że może być jeszcze lepiej. Każda błahostka wydaje się możliwa i urasta do rangi wielkiego problemu. Łzom nie ma końca, cisza ogromna i brak kogoś, kto by pomógł w konfrontacji myśli z rzeczywistością. Ważne jest, aby nie popadać w panikę a nocą o to wyjątkowo łatwo, przynajmniej tak jest w moim przypadku.
Stanęło na tym, że spałam u Adama i Wioli, na piętrowym łóżku z Konradem. Oni nie mają dużo miejsca, ale jakoś dało radę. Bałam się, że nie zasnę i znów opadną mnie dręczące myśli. I tak niestety było. Najpierw nie mogłam się ułożyć; nie chciałam, żeby Konrad spadł z góry i nie chciałam go pozbawić miejsca do spania. Jak już znalazłam sobie wygodną pozycję, trudno było zasnąć. Ogarnęły mnie obawy i niepokój, zastanawiałam się, co będzie dalej, jak my sobie poradzimy, jak będzie się czula mama i co powie lekarz. Były chwile, w których stresu było mniej. Wtedy sen mnie możył, ale zmożyć całkiem nie mógł. Czas niby Mijał a jakby stał w miejscu. Potem, rozbudziłam się całkiem i lęk wziął nade mną górę. Potrzebowałam choć krótkiej rozmowy, kilku słów. Obudziłam Adama (i Wiolę przy okazji). Nie mogli mi konkretnie pomóc, ale poczułam się trochę lepiej. I wreszcie zasnęłam i to nie przed 7 jak poprzedniej nocy. Nie budziłam się wcale.
W poniedziałek, stres od rana, bo przecież ciągle nic niewiadomo. Jeść trudno, ale cokolwiek wmusić w siebie trzeba. Potem do szpitala porozmawiać z lekarzem – przewraca się wszystko wewnątrz na samą myśl, ale innej rady nie ma. I jeszcze trzeba znaleźć teczki mamy ze wszystkimi dokumentami, zobaczyć co i kiedy trzeba płacić. Problem, bo nikt nie jest upoważniony do konta przez mamę. Jeżeli będzie świadoma, trzeba ją nakłonić do upoważnienia kogoś z nas. Tyle spraw i niewiadomych!
Pojechaliśmy. Najpierw była rozmowa z lekarzem. Dowiedzieliśmy się, że stan poważny, że mało szans. Tak, teraz jest lepiej, ale zmiana na niekorzyść może nastąpić w każdej chwili. Może w Bydgoszczy zdecydują się np. na naświetlania, ale trzeba się liczyć z najgorszym. Taka jest prawda.
Coś takiego mniej więcej usłyszeliśmy od lekarza. Był dość uprzejmy, ale… brakowało chyba jemu wrażliwości. Jeszcze gorzej było z jakąś lekarką, która siedziała w tym samym gabinecie. Uświadomiła nam niemiłym tonem, że polepszenie jest, ale w każdej chwili mogą nastąpić objawy takie jak padaczka, wylew itp. Powtarzała ciągle: „Taka jest prawda.”
Oczywiście, niemożna mówić, że jest wspaniale, skoro tak nie jest. Fakty są istotne, ale czy nie możnaby ich przekazać w inny sposób i innym tonem? Można, przekonałam się o tym dziś.
Po tej rozmowie, poszliśmy do mamy. Mówiła zdecydowanie więcej, ale można też było zauważyć, że dobrze się nie czuje. Siedzieliśmy z nią, czasem zamieniliśmy kilka zdań a czasem była cisza. Mama była jakby trochę nieobecna. Tę Jej nieobecność zauważyłam już wcześniej, nawet w domu, jak tam niedawno byłam. Nieraz trzeba też było Jej powtórzyć coś kilka razy, żeby zrozumiała o co chodzi. Tak samo z pytaniami. Pamięta, myśli, kojarzy, ale brakuje Jej słów… Nie wiem, czy lekarz z nią wcześniej rozmawiał a jeśli tak, ile z tego zrozumiała. I jak ona to przyjęła, co myśli?
Po południu znalazły się teczki z dokumentami. Leżały sobie spokojnie w kącie blisko drzwi. I po co Adam panikował? Mówiłam, że się znajdą, bo mama zawsze bardzo dba o tego typu sprawy. Nie ma bałaganu, wszystko jest poopisywane i w jednym miejscu.
Pod wieczór znów pojechaliśmy do Iławy i znowu było lepiej. Mama zaczęła nawet „warczeć”, jak to Adam powiedział. Pokazuje się Jej silny charakter. Wolę to niż urywane zdania.
Do Warszawy wracałam z milionem myśli i obaw, które wciąż we mnie są. Czułam się jednak trochę spokojniejsza, bo widocznie lekarstwa pomogły. Ale na jak długo?... Zazdrościłam małemu chłopcu, który jechał w tym samym przedziale ze swoją mamą. Był taki beztroski! To przecież oczywiste, rodzice są i będą zawsze. Nawet się nie myśli, że mogłoby być inaczej i życie sobie płynie.
Walczyłam z sennością, jaka mnie ogarniała w pociągu. Obawiałam się, że czeka mnie kolejna nieprzespana noc. Na szczęście tak nie było. Trochę poczytałam przed snem, porozmawiałam z Doro, a i Filip dodawał mi otuchy przez telefon.
Dziś trzeba było wrócić do zwykłego rytmu dnia, ale jak? W głowie wciąż tylko jeden temat. Do zajęć było trochę czasu, sama siedziałam w mieszkaniu i znów ogarnęła mnie bezsilność. Są takie chwile, gdy po prostu łzy same płyną i nie da się ich powstrzymać. Z resztą, czy jest sens to wszystko dusić w sobie? Staram się zachować jakąś równowagę, ale trudno jest być obojętnym i nie podchodzić do całej tej sytuacji emocjonalnie. Raz łatwiej o spokój i w miarę normalne funkcjonowanie a za chwilę wszystko poza rozpaczą jest gdzieś na dalszym planie.
Chwilę przed moim wyjściem na zajęcia, zadzwoniła Doro. Okazało się, że blisko Jej pracy jest przychodnia, w której można się m.in. konsultować z lekarzem w różnych sprawach. Doro załatwiła mi taką konsultację i to na dziś. Opuściłam zajęcia, ale trudno.
Ten lekarz to zupełnie inny typ człowieka niż ten pracujący na neurologii w Iławie. Gdy mu przedstawiłam sytuację, również powiedział, że nie brzmi to optymistycznie, ale dodał, że warto walczyć, niewolno się poddać. W tym co i jak mówił, było dużo zrozumienia i empatii. Znowu usłyszałam, że teraz wszystko zależy od czwartkowej wizyty w Bydgoszczy. Jeśli to jest ten typ nowotworu, który on podejrzewa, może być różnie. Pewnie zdecydują się na chemioterapię, czy naświetlanie. Dużo zależy od tego, jak mama jest silna.
Trudno przyjmować takie informacje, ale i tak były one przekazane w zupełnie inny sposób niż wczoraj. Wiem mniej więcej jak jest i co może z tego wyniknąć, ale mam też świadomość, że poddać się nie możemy.
W drodze powrotnej zadzwoniłam do Adama, który właśnie był u mamy. Dał mi Ją na chwilę. Rzeczywiście „warczała”, że mamy z Doro w piątek do domu nie przyjeżdżać, bo ona będzie musiała koło nas chodzić. Powiedziałam, że nie, ale chyba Jej nie przekonałam. Ona nie ma sił, będzie się tylko denerwować i tyle.
Ale jeśli będzie w domu, po co ma sama siedzieć? Nawet nie powinna być sama, bo wiadomo, co się stanie?
Po południu rozmawiałam z panią psycholog. Powiedziała, że jeśli czuję taką potrzebę, powinnam jechać w piątek do domu. To co mama mówi, to Jej patrzenie na świat, moje może się różnić. I faktem jest, że lepiej być czujnym.
Rozmawiałam też znowu z Adamem. Lekarz mu powiedział, że guz jest duży, wielkości pięści. Na razie jest poprawa, bo dają Jej lekarstwa. Jutro wypis i…? Ja mam nadzieję, że zostawią Ją w Bydgoszczy na leczenie. To nie jest stan, w którym można zwlekać. Oby lekarze myśleli podobnie.
Czekamy więc do czwartku, wciąż mamy nadzieję, że da się coś z tym zrobić – zatrzymać, cofnąć… Dziś z mową i z pamięcią jest bardzo dobrze, nawet lepiej, niż było, jak wróciła z Niemiec. I chyba tym muszę się cieszyć i tę teraźniejszość doceniać. Boję się tylko, co będzie jutro po wypisie, jak nie dostanie tych lekarstw, które Jej tak pomogły.
Tak bym chciała, żeby na dłużej był taki stan, jak dziś i żeby nie było tylu znaków zapytania!... Obrzęk widocznie minął, ale guz… Może być różnie…
Dziś jest dobrze, dziś jest dobrze to na teraz najważniejsze.
Na koniec chciałabym podziękować za miłe i dodające otuchy komentarze. To niedużo, ale nie jest bez znaczenia. Ogromnie Wam dziękuję!

Komentuj(2)


godz: 21:26 data: 2010.03.6
Mama w szpitalu

Trzeba myśleć pozytywnie. Ale trudno, szczególnie po dzisiejszej wiadomości od mojego brata. Zadzwonił i powiedział, że mama jest w szpitalu w Iławie. Źle się poczuła, zrobiło Jej się słabo i po niego zadzwoniła. Przyjechał z teściową, jeszcze podała im kawę. Pogorszyło się u lekarza.
Powiedzieli, że zrobią tomografię głowy, potem lekarz stwierdził (nie wiem, czy po obejrzeniu jakichś wyników, czy nie), że na 90% to guz w mózgu i obrzęk. Uciska to wszystko na mózg, przez co mama ma problemy z pamięcią i świadomością (od dziś to drugie). I jak tu mieć nadzieję, skoro najgorsze przeczucia się potwierdzają? Nie zakładałam, że tak będzie, nie chciałam tego, przez takie myśli czułam się okropnie.
Dlaczego tak się dzieje?! Dlaczego kolejną osobę z mojej najbliższej rodziny spotyka tak poważna choroba? Co będzie dalej? Skąd mam wziąć nadzieję?:( Bardzo mi ona potrzebna, bo dzięki niej łatwiej przetrwać trudniejsze okresy. Wcale nie jest powiedziane, że to koniec, może lekarze zatrzymają chorobę?
Ja dużo nie wymagam, chciałabym tylko, żeby wreszcie było dobrze i spokojnie. I żebym mogła czuć się w domu tak, jak przez ostatnie pół roku. Jeździłam do Lubawy bez stresu, ostatnio nawet Doro tam była i nie stało się nic przykrego. Mama powiedziała nawet tydzień temu: „Przyjeżdżajcie, macie drzwi otwarte. Ja tam się cieszę.” Tak to mniej więcej brzmiało.
I dlaczego teraz, gdy między nami nie ma spięć, nie może być po prostu normalnie i dobrze? Bez większych i poważniejszych problemów, tak po prostu! Chciałabym tak jeździć do domu co któryś weekend, chciałabym cieszyć się tym spokojem i obecnością mamy a w niedzielę Adama, Wioli i Konrada.
A tu niestety, jeśli jest dobrze, to musi być inny problem, żeby tak słodko nie było. A ja mam już dość! Nie zdążyłam się nacieszyć tą inną mamą, która rozmawia ze mną spokojnie i nie krzyczy z byle powodu. Nie zdążyłam też porozmawiać z nią ot tak. Boję się, bo nie wiem, co dalej będzie… Nie chcę myśleć o najgorszym, ale prawda jest taka, że wszystko się może zdarzyć, szczególnie, jeśli to przerzuty. Nie chcę takiej prawdy, nie chcę tego najgorszego, nie chcę tak się czuć!
Oby lekarze zatrzymali tego guza, może da się coś z tym zrobić? Nie chcę tracić kolejnej osoby. Niby sama bym nie została, ale teraz mam wrażenie, że zabrakłoby mi oparcia… Mama, to mama i jest ważna nawet, jeśli się z nią nie rozmawia o wszystkim. Zawsze jednak jest ta świadomość, że jest, że ja mogę do Niej zadzwonić, albo ona do mnie. Dom byłby pusty, ja z tym wszystkim… Nie chcę, żeby tak było! Z resztą, to zaszybko, jeszcze nie jestem gotowa. A wspólne święta? A te weekendy, telefony? Boję się przyszłości.
Dlaczego tak wszyscy odchodzą? Dlaczego ja przewiduję najgorsze?! Przecież są ludzie po iluś tam chemiach, żyją nieraz po kilkanaście lat… Chciałabym, żeby w mamy przypadku tak było. A najlepiej, żeby to nie był guz, żeby to dało się wyleczyć!
Ciężko mi, smutno i boję się o mamę i o przyszłość(((((((((( Boże, losie, przypadku, pomóż!

Komentuj(2)


godz: 10:16 data: 2010.02.25
Obawy...:(

Żeby to nie było nic poważnego! Żeby okazało się, że da się wyleczyć i w ogóle to nic takiego…
Czasem czarne myśli przychodzą do głowy, nawet bardzo czarne! Boję się ich i tego stanu. I jeszcze, co będzie, co się okaże.
Nieraz dopada mnie taka huśtawka nastrojów: po telefonie, albo, gdy jestem w domu i mam bezpośredni kontakt z mamą a więc i z Jej problemami.
Po telefonie też mnie czasem smutek ogarnia, bo nagle to wszystko wraca. Ale potem mija, bo ciągle nie mam styczności z mamą, nie mam tego na wyciągnięcie ręki. To o tyle dobrze, że łatwiej mi się zdystansować, łatwiej o pozytywne myśli. Nie myślę tyle, mam wokół ludzi, z którymi mogę podzielić się moimi smutkami. Samej trudno mi sobie z nimi poradzić… Teraz tak jest, więc piszę.
Rozumiem, że trudno mamie być w pustym domu. Myśli ją ogarniają coraz to nowe, nie ma co z nimi zrobić. Wsłuchuje się w nie, roztrząsa każdą drobnostkę. Nie może spojrzeć na wszystko racjonalnie, bo ma do dyspozycji tylko swój punkt widzenia. Dręczy ją lęk i obawy, choć mówi, że tak nie jest. Ja myślę, że jest, niestety.
Siedzę sama i tym razem to mnie ogarniają wątpliwości i strachy… Myślę sobie, że nie chciałabym… nie chciałabym, żeby coś się stało! Mogę nawet sfinansować lekarstwa, pojechać do domu w razie potrzeby. Byle było dobrze i byle była nadzieja!
Skąd tyle zwątpienia i najgorszych scenariuszy? Chyba powodem jest to, że przez ostatnie kilka lat trochę osób z rodziny odeszło. I to nie były osoby małoważne: brat, tata, babcia, wujek. Jestem teraz przewrażliwiona i może bardziej panikuję, bo choroba (np. nowotwór) podświadomie nasuwa mi skojarzenia z najgorszym i ostatecznym. A przecież wcale tak nie musi być! Mamie wycięli guz i kolejne wyniki badań były dobre. Może to gorsze samopoczucie, bóle głowy i słabsza pamięć są spowodowane zupełnie czymś innym? Jeszcze nie ma wyników tomografii głowy, badania jutro, więc po co się zadręczać takimi myślami? Nie ma sensu, ale one same przychodzą w „odpowiednim” momencie. Przychodzą i nie dają spokoju.
Ta niewiadoma jest przerażająca, bo nieznana. Nie wiem, czego się spodziewać, różne myśli przychodzą. Trudno to kontrolować. A co będzie, gdy przyjdą wyniki? Może być lepiej, a może nie. Nie chcę myśleć o tej drugiej ewentualności, ale to się czasem samo myśli… I gdzie pozytywne nastawienie do siebie i do świata? Dlaczego pesymizm bierze górę?
Może to nic takiego, może wystarczy przepisać odpowiednie leki i będzie lepiej. Chcę w to wierzyć, nieraz nawet mi się udaje. Byle nie poddawać się smutkom i zwątpieniu. Może być jeszcze długo dobrze! Szkoda łez!

Komentuj(3)


godz: 09:22 data: 2010.02.22
Moje ostatnie muzyczne odkrycie , trochę na temat wiary

I. Moje ostatnie muzyczne odkrycie
W poniedziałek, jakoś po 9 rano, włączyłam radio. Pokręciłam, poszukałam, aż
znalazłam! Usłyszałam fragment interesującej rozmowy, ale... "z kim ten
Figurski rozmawia?" zadałam sobie pytanie. Z kim, dowiedziałam się kilka
minut później. Poniedziałkowym gościem "śniadania mistrzów" była Anja
Orthodox.
No, coś tam o niej wiedziałam: że wokalistka "Closter kellera" - mrocznego i
ciężkiego zespołu, w końcu rock gotycki.
źle mi się ten zespół kojarzył, mało tych wspomnień, ale jednak, pamiętam,
kiedy o nim uslyszałam. Było to po jakiejś spontanicznej imprezce w jednym
pubie, ze 2 lata temu. Do mojej znajomej i do mnie dołączył chłopak, którego Aśka trochę
znała. Podobał jej się. Wyszło tak, że wszyscy pojechaliśmy przenocować do
niej, a nie mieszkała wtedy z rodzicami, tylko wynajmowała pokój.
Nie by łam zachwycona, bo chciałam z nią pobyć, porozmawiać, pośmiać się.
Kuba wszystko schrzani ł! Trudno, musia łam się z tym pogodzić.
W tym wynajmowanym pokoju by ło jedno (dość duże) łóżko, na którym mieliśmy
spać. Najpierw rzeczywiście by ło w porządku, choć Kuba zaczyna ł się
rozkręcać a Aśka s łabo się sprzeciwia ła. Czu łam się nieswojo i jak intruz.
Gra wstępna, seks, to wszystko jest wspania łe, niesamowite i potrzebne, ale
przy osobie trzeciej, która nie wyraża ła zgody i chęci na oglądanie scen
erotycznych warto się zastanowić nad tym, co się robi. Po prostu trochę
kultury wypada zachować.
Był więc szał ciał (na szczęście do seksu nie dosz ło) a w tle mroczny
"Closter keller". Noc i ciemne dźwięki. Trochę zbyt nierealne i ciężkie to
wszystko się wydawa ło.
Pierwsze zetknięcie z twórczością zespo łu jak widać, nie by ło zbyt udane. I
pewnie dalej bym myśla ła, że piosenki śpiewane przez Anję Orthodox są nie
dla mnie, gdyby nie wywiad, od którego zaczę łam tę pisaninę.
Wsłucha łam się w to, co mia ła do powiedzenia Anja i szybko zda łam sobie
sprawę, że to kobieta mądra, oczytana, inteligentna, mająca coś ciekawego do
powiedzenia. Było też coś w tych jej słowach takiego... To na pewno kobieta
o ciekawej osobowości, nie idąca głupio za innymi, bo taka moda, bo tak
wypada. Ma własne poglądy, umie je wyrażać, jest bezkompromisowa, ale i
szczera. Na tyle na ile to możliwe w ciągu godziny i przez radio,
zrobiła na mnie wrażenie. Może wpływ na takie odczucie mia ło też to, że znam
jedną kobietę w średnim wieku (jak to głupio brzmi!), która jest równie
otwarta, szalona, ale i mądra i inteligentna. I w barwie głosu Anji było coś
podobnego do barwy głosu Doroty.
W każdym razie, zaczęłam się zastanawiać, co to za zespół, co ma do
przekazania itp. Niedawno weszłam na ich stronę, poczytałam kilka wywiadów z
Anją, z których również wywnioskowałam, że to kobieta myśląca, ale i odjechana!
Dotarło też do mnie, że takie charaktery lubię.:) (I kto by pomyślał!...)
Potem ściągnęłam (zupełnie legalnie, bo z tejże strony) dość dużo
nagrań. I... naprawdę jestem pod wrażeniem, i wcale nie są one takie okropne
i nie do słuchania, jak myślałam. A wokalistka ma naprawdę dobry, donośny i
konkretny głos. Takie lubię. Teksty też są sensowne i o czymś. Nie
przypuszczałabym, że coś takiego wzbudzi we mnie zainteresowanie... Ja sama,
jeszcze z rok temu, bym nie wierzyła.
Słuchając nagrań "Closter keller" czuję dużo dobrej energii i nie ma mowy o
żadnym zboczeniu i zagubieniu się, złych mocach, które coraz bardziej na
mnie działają. Ta muzyka, przynajmniej to, co usłyszałam, jest niesamowita,
mocna czasem, ale sensowna i... piękna. Tak właśnie jest!
II A wiara?
Niedawno rozmawiałyśmy z Doro o wierze. Każda patrzy na to trochę inaczej,
nawet dość się różnimy. Dzięki niej zauważam, że to w co wierzę, nie jest
takie oczywiste. Nie mogę odpowiedzieć: Bo tak i już. Co to w ogóle za
odpowiedź. W Laskach uczono nas dość... w sposób stereotypowy. Jest tak i
tyle. Konserwatywne zasady i myślenie, bez argumentów. A ja chciałabym wiedzieć,
czy jest Bóg i czy on jest tak konserwatywny, czy liczą się dla niego
ludzkie uczynki i to, co człowiek sobą reprezentuje? Mam nadzieję, że tak
jest, że najważniejszym kryterium nie są zakazy i nakazy biblijne, mądrości
z Pisma Świętego, które podczas wieków ulegały zmianom różnym (przynajmniej
ich część). Chciałabym, żeby
wyznacznikiem było to, jaki człowiek jest. Bo tacy "prawdziwi katolicy"
patrzą w Pismo, nim się kierują i oceniają. Jest to nieraz ocena niepoparta
rozsądkiem - homoseksualizm jest zły, bo tak jest w biblii. A czasy się
zmieniły. Niewolnictwo nie było zakazane; czy to znaczy, że nadal powinno
być dozwolone?
Może nie powinnam tak pisać, ale tak czuję. Dużo osób kieruje się stereotypami, tym,
co inni powiedzieli kiedyś tam, w zupełnie innych czasach.
Mam problem z moją wiarą, trudno mi to wszystko poukładać. Waham się, nie
wiem, co myśleć. Nie przestałam wierzyć, tylko kościół jako instytucja mnie
zaczął irytować. A może nietylko kościół, może jest coś jeszcze, co trudno
minazwać. Z resztą, wcale nie tak znowu trudno. Po prostu: wg kościoła
katolickiego, żyję w grzechu. Ja, żyję tak i źle mi nie jest, ale
zastanawiam się czasem, co będzie potem, czy to, że żyję zgodnie z własną
naturą wpłynie na moje losy? Czy będę po prostu skreślona z listy tych
dobrych, bo kocham osobę tej samej płci? A jeśli mimo tego nikomu krzywdy
nie robię, szanuję innych i ich poglądy, staram się pomagać?
Na pewno byliby tacy, którzy powiedzieliby, że się
pogubiłam i zeszłam na złą drogę. Ja tak nie czuję. Nie mam żadnych wyrzutów
sumienia, nie czuję się nieszczęśliwa. Wręcz przeciwnie. Ale brak mi
odpowiedzi na niektóre pytania związane z wiarą, potrzebuję zrozumieć to wszystko choćby trochę. Chciałabym wierzyć świadomie. Jednak tyle sprzeczności i niewiadomych...
Chciałabym z kimś mądrzejszym ode mnie, i obeznanym w tych sprawach,
porozmawiać. Ale z kim? Jak zwrócę się do pierwszego lepszego księdza, powie
mi, że żyję niezgodnie z zasadami kościoła katolickiego, że powinnam szybko
z takiej drogi zrezygnować. Najlepiej, żebym znalazła sobie jakąś wspólnotę,
dołączyła do niej, znalazła nowych (wspaniałych i oświeconych wiarą)
przyjaciół. Muszę umocnić się w wierzę itp.
A ja tego nie chcę. Nie chodzi mi o to, żeby znaleźć osobę, któraby mi we
wszystkim przytakiwała i mówiła, jaka jestem wspaniała, ale... Czy naprawdę
orientacja przesądza o wszystkim? Czy wystarczy być lesbijką, gejem, osobą
trans, żeby nie być zbawionym? Ja wiem, jest dość duża część ludzi z branży,
którzy mówią: "A co mnie to obchodzi, niebo mnie nie interesuje, nie wierzę
w to całe życie wieczne. Niech tym martwią się ci, dla których jest to
ważne."
Ja nie umiem tak powiedzieć, bo wierzę w jakąś naszą dalszą egzystencję po
śmierci. Nie mam pojęcia, jak ona będzie wyglądać, ale wierzę, że będzie. I
jeśli rzeczywiście ma być to niebo, chyba chciałabym tam się znaleźć, skoro
to miejsce szczęśliwości. Nie wiem jednak, czy żyjąc tak jak żyję, zostanę
tam wpuszczona. Nie wiem, czy powinnam się tym przejmować...? Może nie,
przecież to nic nie da, o wszystkim dowiem się po śmierci.
Takie myśli i pytania krążą mi po głowie. Kiedy znajdę na nie odpowiedź?

Komentuj(0)


Godz: 21:31, data: 2009.02.07
Dylematy, myśli

Tak to chciałabym napisać, żeby wyrzucić z siebie zbędne myśli, ale i tak, żeby niewszystko było na wierzchu. Po co? Nikt nie zna moich myśli teraz, ja sama nie wiem, co naprawdę myśleć.
Słucham, słyszę, rozumiem i… I co dalej? Z jednej strony, myślę sobie: Zostawię to, przecież i tak tu trochę czasu jestem, byłam. Nie mam powodu do żalu a i tak dowiedziałam się, że jestem… może wbrew, bo tyle spraw do załatwienia. Hm, powiedziałam więc, że mogę wrócić szybciej.
Nie chcę zawadzać a poza tym, czasem atmosfera jest niedobra. Tyle niepotrzebnych słów i osądów. Nie dotyczą one mnie, ale co z tego? I tak przykro słuchać. Skąd one się biorą? Bo jeden i drugi coś tam powiedzieli, bo to pasuje do wykreowanego obrazu.
Ja nie chcę być po żadnej ze stron, chyba nie chcę i nie wiem, czy umiałabym się takłatwo określić. Nie znam wszystkich za i przeciw, nie siedzę w głowach wszystkich. A że ktoś tam coś powiedział? Słowa są czasem ulotne, czasem zmieniają się w zależności od potrzeb.
Chciałabym nie słyszeć tego wszystkiego. To, ani nie brzmi miło, ani przekonująco. Może powinnam zaprotestować, ale co to da? Dowiedziałabym się tylko, że jestem bezczelna. Boję się? Hm, nie wiem… Ale już wystarczająco się o sobie nasłuchałam wcześniej. O innych też niemiło i jakoś mało wiarygodnie, bo tylko negatywnie.
Z drugiej strony, chciałam tu pobyć, odetchnąć, bo wreszcie mam kilka dni wolnych. Tęsknię wprawdzie bardzo (nie przypuszczałam, że tak można), ale ostatnio tak rzadko tu jestem. A potem żałuję, że jak mam możliwość, nie wykorzystuję jej. Eh, chciałam się ogrzać i nacieszyć domem. Jest jaki jest, ale mój. I ostatnio czuję tu więcej spokoju, warto to docenić.
I mama, jest jaka jest, ale dawno jej nie widziałam. Poza tym, ostatnio bardziej odczuwam więź, która mnie z nią łączy. Czasem mam też wrażenie, że trochę ją rozumiem. Dziś może to wrażenie trochę prysło na chwil kilka, ale całkiem nie zniknęło.
Tak ona widocznie reaguje, taka jest. I co mam zrobić? Mogę się nie zgadzać na wiele rzeczy, mogę starać się dać jej to do zrozumienia, ale jak sama nie będzie chciała, ja jej nie zmienię. Nieraz jest trudno i myślę z przerażeniem: „Ile człowiek może powiedzieć złego na inną osobę! Ile w tych słowach nienawiści i przeświadczenia o prawdzie własnych przekonań bez uwzględnienia racji drugiej strony…” Czyjś jawny sprzeciw kończy się stwierdzeniem: bezczelny.
Lepiej być bezczelnym, czy nijakim? Lepiej ciągle narażać się na nieprawdziwe osądy ze strony kogoś bliskiego, czy żyć sobie cicho i słuchać niewiadomo czego o innych albo o sobie? Czasem brak sił na zdecydowaną reakcję, są tylko próby.
Mnóstwo dylematów, bo: chcę ją zrozumieć, mimo wszystko chcę tu z nią być, ale to trudne, bo atmosfera czasem kiepska. I tam gdzieś czeka na mnie życzliwa i kochana osoba, której tak mi tu brak i myślę o niej często!...
Jedni są po jednej stronie, drudzy po innej a ja chciałabym, żebyśmy wszyscy ze sobą rozmawiali. Nie jest argumentem pochodzenie, nie znam myśli i uczuć tamtej osoby a ona na pewno je ma. I czy mogłaby być aż tak zła? Jeśli tak, jeśli wszyscy są tacy, jak w tych opowieściach, świat jest okropny. A ja w to nie wierzę.
Dylematy, myśli, emocje. Chciałabym inaczej, ale co ja mogę? Ze swojej strony mogę jakoś tam się sprzeciwić, utrzymywać kontakt z innymi członkami rodziny. Jak tu nie stracić równowagi? Nie interesują mnie żadne gry słowne, co to za powód, bo tak, bo ją znam, zawsze była taka. …Tak, żal, ale… Trudno pozbierać myśli, ale niewszystko jest jak być powinno. Czasem zastanawiam się, jak to się dzieje, że ja inaczej postrzegam ludzi… W innym świecie żyję? Wiem, że niekażdy jest szczery, że są różne osoby, ale nie myślę o każdym napotkanym człowieku, że na pewno ma złe intencje. Najpierw muszę kogoś poznać, przeżyć jakiś czas. A może ja chodzę w jakichś różowych okularach? Może wciąż taka nieświadoma jestem?

Komentuj(0)


godz: 17:22 data: 2010.02.2
To anomalia jakieś

Pojechałam wczoraj do rodziny na jeden dzień. Skłonił mnie do tego wyjazdu telefon mojej kuzynki i pytanie, kiedy do nich przyjadę.
Dawno się nie widziałyśmy a trochę się pozmieniało: ona jest w ciąży, w tym roku wychodzi za mąż. U mnie też coś tam się dzieje.
Wieczorem przyszedł czas na spokojną rozmowę przy herbacie. Siedziałam i zastanawiałam się, co i ile mogę i chcę Jej powiedzieć. Z jednej strony, czułam ogromną potrzebę wykrzyczeć całemu światu o związku z Doro, o tym, że tak bardzo jestem szczęśliwa. Wydawało mi się, że ona raczej zaakceptowałaby taką wiadomość, może nawet ucieszyłaby się, że już nie jestem sama.
Z drugiej strony, dawno się nie widziałyśmy, skąd mogę mieć całkowitą pewność, że nie rozpowie tego całej rodzinie? Tak, kiedyś pewnie się dowiedzą, ale lepiej by było, żebym ja to powiedziała a nie osoba trzecia. Nie mamy ze sobą aż takiego kontaktu, żeby ona dowiadywała się o tak dla mnie ważnych sprawach pierwsza.
Oczywiście zapytała, czy z kimś się spotykam. Nie dałam jednoznacznej odpowiedzi, bo wciąż nie wiedziałam, co powiedzieć. Za chwilę, zeszło na temat oryginalnych sytuacji, jak to Kasia nazwała, w związkach. Zapytałam, jakie to są te oryginalne sytuacje a ona na to, że: Po pierwsze, gdy jedna osoba w związku jest innego pochodzenia, np. ktoś czarnoskóry. Jej to absolutnie nie przeszkadza, ma nawet znajomą, która wyszła za kogoś takiego.
Po drugie, osoby innej orientacji seksualnej. Ten punkt zastanowił mnie bardziej, bo za chwilę miałam się przekonać, co Kasia o tym myśli. I przekonałam się. Według niej, to jakieś anomalia, coś nienormalnego. Jeszcze jak kobieta jest z kobietą, może to jakoś zaakceptować, ale para mężczyzn?! Niemożliwe.
- Ty chyba nie jesteś z dziewczyną? – zapytała z przerażeniem w głosie.
Hmm, zabrakło mi odwagi niestety. Nie wyparłam się jakoś mocno, ale jednak. Gdyby może moja mama wiedziała, nie obawiałabym się żadnego skandalu w rodzinie, a niech tam sobie myślą i mówią, co chcą. Ale w takiej sytuacji, mówić o sobie komuś, kto tak podchodzi do homoseksualizmu? Poczułam też, że to nie jest dobra chwila na jakąkolwiek rozmowę uświadamiającą i pouczającą.
Odechciało mi się też chwalić własnym szczęściem i zatęskniłam za Doro i za tymi, którzy inaczej postrzegają orientacje nieheteroseksualne. Było mi nieswojo, że lubiana przeze mnie kuzynka ma takie poglądy, wydawała się bardziej otwarta. Może to dlatego, że z nikim takim nie miała styczności? Może warto byłoby pokazać Jej, że ja z kosmosu nie jestem, mam zupełnie takie same potrzeby jak ona i rogi mi nie wyrosły. Może to kwestia wiedzy, której ze szkoły nie wyniosła? Mam nadzieję, że da się to zmienić i że przyjdzie czas na szczerą rozmowę z nią.
Żałuję, że nie wystarczyło mi odwagi a z drugiej strony myślę, że na razie lepiej nie ujawniać się komu popadnie, skoro najbliżsi nie wiedzą a ja nie wiem, na ile mogę zaufać komuś z trochę dalszej rodziny. Eh, spodziewałam się innej reakcji…

Komentuj(1)


godz.: 12:03, data: 2010.01.28
Po przerwie

Czytam różne teksty i notki na blogach i tyle chcialabyym wtedy napisać! Ale gdy zostawiam pisanie na później, mogę się pożegnać z tym wlaśnie nastrojem i z myślami w glowie – znikają, zmieniają się, ulatują. A jest się czym zachwycać, bo co człowiek, to inne spojrzenie na wszystko, inny styl pisania, klimat jedyny w swoim rodzaju. Gdy tak siedzę i się zaczytuję, moje pisanie wydaje mi się bardzo ubogie i niedoskonale… Myśli stają się mniej ważne i mniej uchwytne, wszystko szlag trafia!
Dziś podobnie: wstalam, zjadlam śniadanie i usiadlam na sofie przed laptopem. Zaczęłam przeglądać znajome blogi i na jednym z nich, poraz kolejny, natknęłam się na taki jeden link. Zawsze go omijałam a dziś kliknęłam i… przepadlam. Niestety dodać do swoich linków tego kolejnego nie mogę, ponieważ eblog jest niedostępny:
W tym momencie na
eblog
prowadzone są prace administraycjne - zapraszamy za chwile.
Chwila trwa już ze 2 tygodnie, no i mogliby tę literówkę w komunikacie poprawić, straszy odkąd pamiętam.
A poza czytaniem, co u mnie? Ferie od wczoraj. Na razie nic szczególnego, ani konstruktywnego, nie robię. Taka bezczynność potrafi zmęczyć nieźle, ale… na razie ją toleruję i zajmuję się głupotami i nie tylko.
Rano, i wczoraj wieczorem, bylam trochę zla. Może niepotrzebnie, może brak mi dystansu.
Wcześniej zamierzałam opisać tu moje święta i sylwestra za granicą, ale to już ponad miesiąc, więc nie będę się nad tym rozwodzić. Było milo, choć inaczej (bez tych wszystkich dań i znanych kolęd), kolacja wigilijna to po prostu zwykle kanapki. Dzień różnil się od innych tym, że były prezenty i dwie wizyty w kościele (jedna w ewangelickim, druga w katolickim, tak dla porównania). Poza tym, zwiedzanie okolic, spacery.
A sylwester? Najpierw u znajomych Doro, u których bylyśmy (dobre jedzenie i trunki, jakieś rozmowy i muzyka), potem impreza tylko dla kobiet (dla mnie pierwsza taka). I wspomnienia.
A teraz? Zima trzyma. Najpierw mrozy, teraz znowu śnieg. Wychodzić się nie chcę, choć przydaloby się poczytać coś ciekawego. Może jutro się przemogę i odwiedzę bibliotekę.
A na razie, muzyka do wyboru do koloru – dobrze mieć dużo różnych plyt. Na stole krówki; jem, bo takie dobre. Jutro pewnie spotkanie z Iwonami.
W przyszłym tygodniu wyjazd do domu, bo mama wraca z Niemiec.
Niedawno minąl rok, jak się z Doro poznalyśmy, ale ten czas leci! A z drugiej strony, mam wrażenie, że to było tak dawno, tyle się wydarzylo…
W słuchawkach starsze plyty „Pustek”, dopiero je poznaję. Bardzo cenię ten zespól i uważam go za jeden z lepszych, ale to odnosi się bardziej do ostatnich dwóch plyt. Przyszedł więc czas na zapoznanie się z resztą. Chyba wolę wokal Basi, ale muzyka i teksty chyba też w porządku.
I tak leci. Mogłabym, może chciałabym napisać więcej, ale trudno to odpowiednio poukładać.

Komentuj(0)


godz: 17:40 data: 2009.12.19
Koncertowo, (z niewielkim zgrzytem) przedświątecznie

Najpierw, chcialabym nadrobić zaległości. Szkoda bylobyy nie wspomnieć o dwóch koncertach, na których niedawno bylam.
9 grudnia w studenckim klubie Hybrydy wystąpil zespól „Pustki”, o którym usłyszałam już dość dawno temu, ale nie od razu bardziej się nim zainteresowałam. Duży wpływ miał lipcowy koncert w parku blisko muzeum Powstania Warszawskiego, na którym zespól wykonal jeden utwór do slów Tadeusza Gajcego. Wtedy już wiedziałam, że muszę jakąś ich plytę kupić. I tak się zaczęlo.
Hybrydy nie mają dużej Sali i atmosfera jest tam inna niż np. w Stodole. Na początku koncertu mialam wrażenie, że malo kto przyszedł posłuchać muzyki. Wyglądalo to tak, jakby zespól gral sobie ot tak, jako tlo do rozmów o wszystkim i o niczym. Jednak w miarę upływającego czasu, publiczność ożywiala się i reagowala bardziej entuzjastycznie, także ze śpiewem bardziej znanych piosenek wlącznie.
Ja nie śpiewałam, bo na tyle tekstów nie znam, ale cieszyłam się, że slyyszę „Pustki” na żywo, że poraz któryś tam mogę doceniać tę muzykę i slowa. Warto było przyjść!
A drugi koncert odbyl się 15 grudnia w Stodole. Pierwszy raz usłyszałam „Myslovitz” na scenie a nie na plycie. Wrażenie niezwykle i od razu dalo się wyczuć, że to grupa mająca dużą i oddaną rzeszę fanów. Aż mi ciarki przechodzily po plecach, gdy słyszałam zgrany śpiew calej, naprawdę calej Sali! „Dlugość dźwięku samotności” odśpiewali wszyscy, zespól gral, ale bez wokalu. Brzmialo to wspaniale! Atmosfery lepszej chyba wymarzyć sobie nie mogłam: żywe i entuzjastyczne reakcje publiczności, wspaniala gra i śpiew zespolu, dużo pozytywnych emocji.
Tyle o koncertach minionych, w styczniu zapowiada się chyba równie dobry wieczór z „Hey” w roli głównej. Czekam z niecierpliwością.
A dziś taka zwykla, ale wyjątkowo mila sobota. Mam wrażenie, że na ulicach jakby spokojniej i ciszej… Może to z powodu niskich temperatur. Bylyśmy przed południem w malym supermarkecie. W pewnej chwili, już przy kasie, usłyszałam jakieś takie słodkie slówka (popiskiwanie), że ojej, jaka śliczna, kochana, a ile ona ma lat, ach, wstydzi się….!
Najpierw myślałam, że kobieta przed nami ma jakieś male zwierzątko, ale gdy usłyszałam pytanie o wiek, przeraziłam się, bo to o mnie chodzilo!... A dlaczego? Może, bo zbyt wysoka nie jestem i w zimowej czapce wyglądam jak nastolatka… Ale czy nad nastolatką „jęczy” się tak cukierkowo? Chyba nie. No to?
Ta pani musiala dojść do wniosku, że skoro nie widzę i jestem taka malutka, (156 cm) śliczniutka i slodka, to na pewno mój rozum jest równie niewielki i trzeba mnie traktować jak dziecko z upośledzeniem umysłowym, albo jak bezbronne i nieświadome przecież zwierzątko. Albo jak lalkę z wystawy, ale to nie dziś, ta reakcja była inna.
Nie przypuszczałam, że coś takiego mnie jeszcze spotka, myślałam, że te czasy mam już za sobą. Oczywiście, ludzie są różni, czasem mają malą wiedzę na jakiś temat i stąd ich dziwne reakcje, ale od tego są ci uświadomieni, aby mówić w czym rzecz. Nie spodziewałam się jednak, że zostanę tak potraktowana. I to wcale nie było mile! Niestety, szok był taki, że nie bylam w stanie zareagować właściwie, powiedzieć, że mówić umiem i żeby przestala traktować mnie jak kogoś bez rozumu. No cóż, w XXI wieku można spotkać się z tak głupim zachowaniem i tak wielką niewiedzą i brakiem logicznego myślenia.
Potem, w innych sklepach, było już znacznie milej i lepiej. Oglądałam różne etiopskie wyroby i próbowałam przypraw, coś tam kupilyśmy w sklepie z różnościami robionymi przez Benedyktynów. Nie wiedziałam nawet, że taki sklep w Warszawie jest a to naprawdę mile miejsce.
Bylyśmyy też w przytulnej kawiarni, gdzie moglyśmy spokojnie porozmawiać i wypić coś cieplego. Nie wiem z jakiego powodu, ale czuję się dziś bardzo dobrze i… jakoś inaczej. Śnieg przypomina o zbliżających się Świętach, ja też to w sobie czuję i doczekać się nie mogę. Wszystko wokół wydaje się lepsze.
A wieczorem idziemy do teatru Polonia na „Dancing” – spektakl muzyczny z wierszami Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Dawno nie bylam w teatrze, więc radość tym większa!

Komentuj(0)




Strona Główna | Księga Gości | O mnie | Archiwum | Linki



Menu bloga
Strona Główna
Księga Gości
O mnie
Archiwum
Linki



2010
Marzec 
Luty 
Styczeń
2009
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2008
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec


Fioletowa winda

Walpurg

Kallipygos

Ekskursje w dyskursie

Abiekt
Wiele się można dowiedzieć
Natalia Oreiro
Pisane z charakterem:D
Biseksblog

Lotna
Jestem pod wrażeniem!
Kalina&Hania

Julka
żadnej przesady w tym pisaniu nie ma, jest za to dojrzałość
Dziewczyny
Ciekawe historie:D
Kobbieta
Warto zerknąć
Beata
Myśli, czuje, czasem pisze
Yga Kostrzewa
Kobieta, działaczka społeczna, lesbijka
Agnieszka
lesbowe mądrości według tej pani:D
Labryska
Każdy z nas szuka szczęścia:)
Filip
Blog niezwykłego człowieka
Anka
Więcej takich blogów proszę!
Biseksualny blog

Littleblue
Warto przejrzeć!
Ania:)
Rozsądna się wydaje ta dziewczyna;widać w Niej Człowieka
No wukkas

Asia
Miłość okiem nastolatki
Pati
Rewelacyjnie śpiewa!:)
Ewa Tomaszewicz
Miło poczytać, posłuchać
mój drugi (pierwszy) blog
i tam jest dużo mnie
o naszym języku
w końcu i ja zamierzam być polonistką!:)
Daria (moja kochana!)
gdyby nie ona, moje życie wyglądałoby inaczej
Wisiorek
ilu ludzi, tyle różnych dróg...
Aneczka
Nie wiem, co bym bez Niej zrobiła!


wszystkich
Odsłon
10635Użytkowników
6202



Kanał RSS